Zaloguj się

Jog Jajcusia

xmpp:jajcus@jajcus.net

Powrót na stronę główną

Koncertowa rozpusta

A więc jednak pozwoliłem sobie na rozpustę i byłem w ten weekend na trzech koncertach. Po dwóch koncertach z okazji, wcześniej wspomnianego, Pożegnania Lata w piątek, wczoraj wybrałem się na, ostatni na Śląsku, koncert Pidżama Porno.

Prawdę mówiąc nie znam za bardzo twórczości Pidżama Porno, ale w moim Loved tracks na Last.FM jakoś znalazło się parę ich piosenek, a więc najwyraźniej lubię. Jak lubię, to pewnie warto poznać. A jak się zespół rozwiązuje, to trzeba było i skorzystać z ostatniej okazji wysłuchania na żywo.

Koncert był w Zabrzu, w Wiatraku, po letnim remoncie. Pojechałem tramwajem, bo z moją rwą kulszową, to do jazdy się nie nadaję (nieciekawie by było jakby podczas jazdy złapał mnie ból uniemożliwiający koncentrację i zdrętwiałaby mi lewa noga). Na szczęście, godziny koncertu rozsądne i tramwajów w obie strony nie brakowało.

Przed Wiatrakiem czekał już tłum, jakiego jeszcze tam nie widziałem (bilety wyprzedane już dawno). I znowu poczułem się strasznie staro – większość to dzieciarnia (a w tę dzieciarnię mogli się wliczać i studenci)... ale cóż, dziadek-inwalida też może się czasem wyszaleć.

Damska część dzieciarni miejscami wydała się od razu nieco starsza, jak tylko zrzuciła wierzchnie ciuszki. Cała masa dekoltów ukazujących, nieprzyzwoicie młode biusty (może o swoje stare serce też powinienem się martwić?). Większość takich przypadków jednak w myślach kwitowałem: podobałaby mi się... jakieś piętnaście lat temu. Uff... przynajmniej mój gust pod prokuraturę nie podpada... ale za to trudniej go na takich imprezach zaspokoić. ;-)

Sam koncert dość mocno się różnił od sobotnich. Zamiast akustycznych ballad, czy bluesów, ostrzejsza rąbanka. Publiczność przy tym też dużo aktywniej się bawiąca. Ja się ograniczałem do lekkiego kiwania -- skakanie, nie mówiąc o pogo, to już nie na moje zdrowie. Ale bawiłem się nieźle. Bawiłbym się jeszcze lepiej, gdybym znał te piosenki, tak jak większość na sali... ale cóż, nie znałem. Dobrze, że tym razem chociaż trochę tekstów dało się zrozumieć i czasem kawałek refrenu mogłem z innymi wykrzyczeć.

Atmosfera była bardzo gorąca. W przenośni i dosłownie. Niektóre dziewczyny rozbierały się do staników, sądząc po opływającym je pocie, nie tylko ze względu na ewentualny ekshibicjonizm. Po koncercie z wyjścia się po prostu dymiło, jak z otwartych drzwi do sauny. Ale mało kto narzekał – praktycznie wszyscy się po prostu świetnie bawili.

Sprytnie odebrałem swoje rzeczy z szatni na ostatnim bisie tak, że ominęła mnie kolejka i zdążyłem na pierwszy tramwaj po koncercie. Dotarłem do domku o całkiem sensownej porze, zdążyłem nawet jeszcze jakieś pieczywo kupić. I nie śmierdziałem tym razem papierosami (polar był zamknięty szczelnie w plecaku w szatni, a na sali, w tym tłoku, tylko paru kompletnych idiotów paliło)... ale wciąż końmi, po porannej wizycie w Szałszy. ;-)


Komentarze

Black

08 października 2007 18:55:24

Uuu, Pidżama. Zacny zespół, szkoda że kończy działalność i szkoda, iż nie będzie mi dane iść na ich ostatni koncert w Łodzi.
A i też żałuj, że nie możesz skakać choćby. To świetna zabawa i dzięki temu koncert jest zupełnie inną rzeczą, zwłaszcza Pidżamy.

Kasia

08 października 2007 18:58:46

Grabaż chyba zostaje ze Strachami na Lachy…?

Jajcuś

08 października 2007 18:59:37

No zostaje. Więc na Strachy w listopadzie też będzie trzeba się wybrać... :)

Black

08 października 2007 19:00:58

Powiem szczerze, Strachy owszem są fajne, ale nie ten klimat co Pidżama. I Strachy mają piekielnie duży rozstrzał atmosfer piosenek, są bardzo różnorodni.

Kasia

08 października 2007 19:02:40

Black – no i chyba właśnie z powodu tego rozstrzału Strachy są mi bliższe – nie przepadam za monotonią;)

Black

08 października 2007 19:06:17

@Kasia: ja wolę jednak w tym wypadku Pidżamę. Monotonia to może jest, ale aż taka duża. A Strachy to chwytają się wszystkiego prawieże. P. posiada mniej więcej podobne mniej lub bardziej, ale podobne klimatycznie. A S. to sporo rozstrzał wystarczy wymienić Kobiece, Nim wstanie dzień czy Dzień dobry.

Kasia

08 października 2007 19:09:30

Black, tylko że „Nim wstanie dzień” to cover – podobnie jak „Piosenka o Tolku Bananie” i „Czarny chleb, czarna kawa”, a ja generalnie lubię ich piosenki, najmniej mi pasują te typu „Zimne dziady listopady”, ale za to bardzo lubię „Raissę” i „BTW (Mamy tylko siebie)”, zresztą sporo innych też...

Jajcuś

08 października 2007 19:09:35

Ja Strachy na Lachy kojarzę tylko dlatego, że kiedyś, przed innym koncertem, słyszałem jakąś muzykę, która bardzo mi się spodobała. Spytałem akustyków co to i tak poznałem Strachy na Lachy. Myślę, że mnie może to odpowiadać bardziej niż Pidżama Porno. No cóż... skoro Grabaż do tego musiał dojrzeć, to pewnie to muzyka dla takich starych zgredów jak ja ;-)

Black

08 października 2007 19:12:19

Coverów mają naprawdę dużo, a nadchodzące dwie płyty coverów tego nie zmienią raczej. Ale te też mają swój urok.

Arietta

08 października 2007 23:38:47

A ja tak powiem…. z rwą kulszową szalejesz, a ja zdrowa jeszcze nigdy w życiu nie byłam na żadnym koncercie.
Ciekawe, czy kiedyś się odważę ale obawiam się, że już za stara jestem:)

Anioł z proca

09 października 2007 19:34:42

Ja byłam na koncercie szalałam:P i skreciłam noge <lol>

Ale i tak było fajnie

(może jestem jedna z tych młodych ale ja sie nie robierałam bo mnie obrzydzenie brało jak to widziałam)

Dodaj nowy komentarz

Dostępne jest formatowanie Textile

Podpis:
Treść:
Strona WWW (opcjonalnie):
Wpisz kod:code
 
 

Śledzenie komentarzy (RSS) TrackBack URI


[szpieg] Jesteście obserwowani...