10 września 2007
14:01:29
|
kategorie:
pierdoły,
w sieci,
... zrobiłem sobie Nerd Test 2.0:
Najbardziej zaskoczyło mnie pytanie When I say TOS or TNG, what comes to mind?
–
Huh?
powinno być ostatnią odpowiedzią na liście, bo tak zareagowałem
na to co mam do wyboru. Po przeczytaniu pytania, w głowie od razu mi się ułożyło:
Type of Service
(pole nagłówka IP) i The New Generation
(jako
taki ufaniacz
nazw programów). ;-)
09 września 2007
19:08:18
|
kategorie:
imprezy,
rodzinka,
Wczoraj żony kolega z pracy się ożenił (łączymy się z nim w bólu
;-)). Ślub był kościelny. Pełna ceremonia ze mszą, więc ja się do
kościoła nie pchałem, zostałem w samochodzie. Zajrzałem do środka (przez
otwarte drzwi) dopiero, gdy żona dała mi znać, że zaczyna się istotna część...
Tak smutnej uroczystości dawno nie widziałem. Porównywalny był chyba tylko
pogrzeb babci. Nawet państwo młodzi składali sobie przysięgę tak, jakby się
rzeczywiście skazywali na jakieś wielkie nieszczęście do końca życia. Tylko
chór ładnie śpiewał... ale też tego śpiewu nie można było nazwać radosnym. Im
bardziej się temu przyglądam, tym mniej ten Kościół rozumiem. Powaga powagą,
ale to przecież powinna być radosna uroczystość! To już ślub mojej mamy
w Urzędzie Stanu Cywilnego był weselszy. Ale i nasz ślub, kościelny, nie był
taki drętwy.
Ja i tak miałem łagodniejszą wersję, Ika w kościele spędziła ponad godzinę.
Potem pojechaliśmy na wesele. Tu nastrój był zgoła odmienny. Szczególnie
w naszym końcu weselnego stołu. Ja z Iką siedzieliśmy, z niewyjaśnionego
powodu, na jednym z końców stołu, przy nas jej (i pana młodego) koledzy
z pracy. Chyba dla przyzwoitości posadzono obok nas jeszcze księdza. Chyba nie
wiele pomogło, bo nasza grupka dobrze się bawiła i co chwilę wybuchała gromkim
śmiechem jeszcze zanim napełniono pierwsze kieliszki, a uświęcone towarzystwo
niespecjalnie nas krępowało.
Zabawa rozkręciła się właściwie od samego początku. Jednoosobowa orkiestra
dawała radę – facet grał całkiem przyzwoicie, a i potrafił towarzystwo
rozbawić. Były tańce, hulanki, swawole... Fajnie było sobie poskakać, popatrzyć
na tańczące atrakcyjne dziewczyny, powydzierać się trochę, pożartować,
poprzytulać itd. itp...
Dotrwaliśmy do drugiej w nocy, bo, oczywiście, dzisiaj rano Ika wybierała
się na konie. No i rano trzeba było dziecko od dziadków odebrać. Inni bawili
się do szóstej. Na odespanie imprezy musimy jeszcze poczekać.
08 września 2007
10:30:28
|
kategorie:
jedzenie,
rodzinka,
Wyszedłem, jak co sobotę, po bułeczki. Wracam do domu, a tu czeka coś
w miseczce... Pierwsza myśl: kto będzie jadł chińską zupkę o poranku?
.
Jednak to nie była zupka... spod talerzyka wystawał sznureczek z żółta
etykietką... Kochana żonka zaparzyła mi herbatki. :-) Tylko coś
jej się pomyliło i zamiast w filiżance (swoją drogą, niewiele mniejszej od tej
miski) zrobiła to w miseczce na zupę. Podobno wcześniej już dziecko jej
zwróciło uwagę, że coś jest nie tak. :-)
05 września 2007
17:42:57
|
kategorie:
wypoczynek,
zdrowie,
Zalecenia lekarza to poważna sprawa, więc staram się tak dwa razy
w tygodniu być na basenie. Niestety, basen na Warszawskiej zamknięty (przerwa
techniczna do 9 września) i musiałem się przestawić na ten na Sikorniku.
W sobotę po błądzeniu wokół osiedla udało mi się tam trafić i nawet
wykąpać. Dzisiaj, gdy dziewczyny poszły do szkoły muzycznej, postanowiłem
znowu się tam udać. Dojechałem, chcę płacić, a pani w kasie mówi mi, że raczej
nie teraz, bo od 17:30 do 18:30 pływalnia jest zarezerwowana. Okazało się, że
jak zaczął się rok szkolny, to wszystko jest inaczej
, a zresztą,
wszędzie
jest to napisane. A wszystko takim tonem, że powinienem się
chyba wstydzić, że nie wiedziałem... Zresztą, już poprzednim razem, z jakiegoś
powodu kobieta przy kasie mi podpadła. Na Warszawskiej było jakoś przyjaźniej.
Rzeczywiście były karteczki o rezerwacji, ale nie przypominam sobie, żebym
je tam widział w sobotę. Informacje o godzinach otwarcia w roku szkolnym
czytałem i, że przed 15:00 nie ma czego tam szukać wiedziałem. Najgorsze, że
takie niespodzianki są w czasie, gdy drugi basen jest zamknięty, a przecież
oba prowadzi ten sam gospodarz
– mogli by to wziąć pod uwagę.
Drugi raz dzisiaj się nie wybieram, bo, po pierwsze, nie chce mi się
jeździć tam i z powrotem, a po drugie, boję się, że w takich okolicznościach,
to będzie tam po prostu tłoczno.
02 września 2007
19:50:30
|
kategorie:
konie,
wypoczynek,
zdrowie,
Rano, jak co niedzielę, byliśmy w Szałszy na konikach. Ja, ze względu na swój
kręgosłup, jazdę sobie odpuściłem... ale ruszać się trzeba (chociażby ze
względu na ten mój kręgosłup), więc po obiedzie wybrałem się na rowerek.
Nie czując się najlepiej nie wiedziałem jak daleko dojadę. W końcu cały
czas bolało – już nie tylko krzyż ale i lewe biodro, czy chwilami cała
noga aż do stopy. Najbardziej, gdy próbowałem się obrócić, aby obejrzeć się za
siebie, albo gdy na jakimś wyboju nie podniosłem się z siodełka. Jednak, po
jakiś dziesięciu kilometrach ciągłego pedałowania, przeszło. Mogłem się
obracać, wykrzywiać, jeździć po wertepach i nic nie bolało.
:-)
Niestety, nie ma za dobrze... wystarczyło na parę minut zejść z roweru
(żeby pojeść sobie jeżyn?) i mój kręgosłup znowu o sobie przypominał,
przynajmniej na kilka następnych kilometrów.
Dobra dosyć marudzenia. W sumie dzisiaj przejechałem trochę ponad 30km,
dojechałem do Rachowic,
a z nieprzewidywanych atrakcji zobaczyłem pomnik Juliusza Rogera.
Zaskoczył też mnie Kozłów, nie dość, że większy niż myślałem, to układ ulic
ma taki, że ciężko się nie zgubić. Mam nadzieję, że uda mi się na podobne
wycieczki jeździć częściej.