Weselicho
Wczoraj żony kolega z pracy się ożenił (łączymy się z nim w bólu
;-)). Ślub był kościelny. Pełna ceremonia ze mszą, więc ja się do
kościoła nie pchałem, zostałem w samochodzie. Zajrzałem do środka (przez
otwarte drzwi) dopiero, gdy żona dała mi znać, że zaczyna się istotna część...
Tak smutnej uroczystości dawno nie widziałem. Porównywalny był chyba tylko pogrzeb babci. Nawet państwo młodzi składali sobie przysięgę tak, jakby się rzeczywiście skazywali na jakieś wielkie nieszczęście do końca życia. Tylko chór ładnie śpiewał... ale też tego śpiewu nie można było nazwać radosnym. Im bardziej się temu przyglądam, tym mniej ten Kościół rozumiem. Powaga powagą, ale to przecież powinna być radosna uroczystość! To już ślub mojej mamy w Urzędzie Stanu Cywilnego był weselszy. Ale i nasz ślub, kościelny, nie był taki drętwy.
Ja i tak miałem łagodniejszą wersję, Ika w kościele spędziła ponad godzinę.
Potem pojechaliśmy na wesele. Tu nastrój był zgoła odmienny. Szczególnie w naszym końcu weselnego stołu. Ja z Iką siedzieliśmy, z niewyjaśnionego powodu, na jednym z końców stołu, przy nas jej (i pana młodego) koledzy z pracy. Chyba dla przyzwoitości posadzono obok nas jeszcze księdza. Chyba nie wiele pomogło, bo nasza grupka dobrze się bawiła i co chwilę wybuchała gromkim śmiechem jeszcze zanim napełniono pierwsze kieliszki, a uświęcone towarzystwo niespecjalnie nas krępowało.
Zabawa rozkręciła się właściwie od samego początku. Jednoosobowa orkiestra dawała radę – facet grał całkiem przyzwoicie, a i potrafił towarzystwo rozbawić. Były tańce, hulanki, swawole... Fajnie było sobie poskakać, popatrzyć na tańczące atrakcyjne dziewczyny, powydzierać się trochę, pożartować, poprzytulać itd. itp...
Dotrwaliśmy do drugiej w nocy, bo, oczywiście, dzisiaj rano Ika wybierała się na konie. No i rano trzeba było dziecko od dziadków odebrać. Inni bawili się do szóstej. Na odespanie imprezy musimy jeszcze poczekać.
Śledzenie komentarzy (RSS)
09 września 2007 19:42:15
Jeśli ma Cię to pocieszyć to słyszałem anegdote o tym, jak jakiś ksiądz z Ameryki(chyba Południowej) załamał się gdy wierni wyklepali mu Ojcze Nasz i kazał im powtarzać. W końcu to radosna religia – no cóż przynajmnie w założeniach ;)