Sen
Byliśmy na zakupach w centrum handlowym. Potrzebowaliśmy jakiś nietypowych żarówek. W Carrefour ich nie było, więc poszliśmy do Media Markt (który wyglądał raczej jak Ikea, bo pełno szaf tam było. A do tego strasznie ciasno). Jakiś inny klient próbował coś wynieść w butach, ale go złapali.
Ja wróciłem do domu. Na piechotę. Lało jak z cebra, ale dotarłem na miejsce. Przypomniałem sobie, że na zakupy pojechałem samochodem i nie musiałem wracać na piechotę. Co więcej, w centrum handlowym została moja żona. Zadzwoniłem do niej... i dowiedziałem się, że właśnie ją zamknęli, bo nie chciała zdradzić haseł do laptopa. Więcej nie udało mi się dowiedzieć, bo połączenie przerywało i nie mogłem się więcej dodzwonić. Domyśliłem się, że musi być w gliwickim areszcie śledczym. I od razu zacząłem myśleć jak załatwić dobrego adwokata. Nawet zadzwoniłem do ojca. Było późno, więc poszedłem spać.
Nazajutrz postanowiłem żonę odwiedzić. Dalej nie mogłem się dodzwonić, ale uznałem, że jakoś ją znajdę. Poszedłem więc do tego szpitala. Najpierw trafiłem na jakiś inny oddział, potem idąc korytarzami wyszedłem innym wyjściem, ale na teren szpitala. W końcu dodzwoniłem się do żonki. Powiedziała mi, że wejść mam przez izbę w pokoju nr 38, a moja kurtka jest w pokoju 48. I że mam wziąć łyżwy, bo w bramie jest ślizgawka. Ja na szczęście byłem już za bramą...
Co było dalej, czy dotarłem do żonki?... tego już się nie dowiedziałem, bo brutalnie obudził mnie budzik z pomocą kosiarzy za oknem.
Śledzenie komentarzy (RSS)
02 lipca 2007 22:02:08
ulalala, co za zwariowany sen… ;D