Ratunku, Jabber mi wysiadł!
Wysiadł serwer albo łącze w domu i w pracy od rana nie mam Jabberka i nic nie mogę z tym zrobić. To jest straszne. :-(
Chyba zamiast po drugie śniadanie pójdę zobaczyć co się z tropkiem dzieje...
Oj, chyba źle ze mną...
Wysiadł serwer albo łącze w domu i w pracy od rana nie mam Jabberka i nic nie mogę z tym zrobić. To jest straszne. :-(
Chyba zamiast po drugie śniadanie pójdę zobaczyć co się z tropkiem dzieje...
Oj, chyba źle ze mną...
W Alabamie wprowadzają zakaz sprzedaży zabawek erotycznych. Taki zakaz w Teksasie funkcjonuje (funkcjonował?) od lat, tam była też głośna sprawa kobiety skazanej za sprzedaż wibratora. W różnych stanach istnieje cała masa równie lub bardziej idiotycznych przepisów. Kiedyś wydawało mi się, że to relikty przeszłości, ale przykład Alabamy pokazuje, że nie.
Oczywiście obywatele USA niekoniecznie się z takimi pomysłami zgadzają. Dzisiaj rozbawił mnie jeden komentarz do tej sprawy:
They want to ban sex toys, but sell guns on every street corner. When was the last time anyone was murdered with a vibrating banana?
Cała Ameryka
... kraj wolności i praworządności...
Wpis u Felinity przypomniał mi pewien, chyba w pewien sposób przełomowy, a może niewiele znaczący, epizod z mojego życia.
Też kiedyś byłem chorobliwie nieśmiały. Właściwie to trochę wciąż jestem, gdzieś tam w środku. Jednak kiedyś dość skutecznie uprzykrzało mi to życie, szczególnie wszelkie kontakty męsko-damskie... Na szczęście z czasem się to zmieniło i myślę, że duży na to wpływ też miały pewne wakacje, sprzed jakiś dwunastu lat i też nad jeziorem...
Byłem wtedy z ojcem na wczasach w Swornegaciach, jak co roku. Na ośrodku
nawet poznałem jakiś ludzi, ale i tak się często samotnie szwendałem po
okolicy. Na jednym takim spacerze trafiłem na dziwnie zachowujących się
ludzi... że sam akurat byłem w jednym ze swoich dołków
(nikt mnie nie
kocha, nikt mnie nie lubii...
), to się ci ludzie zainteresowali tym smętnym
samotnym człowieczkiem. Okazało się, że to jakiś obóz młodzieży z Bytomia
i akurat mają jakieś warsztaty teatralne... Opiekunowie grupy byli nieco ode
mnie starsi, pozostali uczestnicy raczej młodsi. Wszyscy zupełnie dla mnie
obcy... ale zaprosili do wspólnej zabawy, a ja się zgodziłem.
I chodziłem codziennie na te dziwne zajęcia. Początek warsztatów to były
właśnie ćwiczenia na śmiałość (przeciwko tremie i na wyluzowanie się) –
np. krzyczenie na całe gardło, czy odgrywanie jakiś głupich scenek. Tego mi
było trzeba. Wśród obcych ludzi nawet łatwiej było mi się przełamać i robić
rzeczy na których normalnie nigdy bym nie zrobił (miałem przecież problemy
z prostszymi sprawami). I cieszyć się tym. Jakieś głupie blokady w sobie
przełamałem na dobre, albo nauczyłem łamać kiedy trzeba. A cała ta sytuacja
była taka jakaś magiczna... z jednej strony wczasy, w ośrodku, jak co roku,
gadanie "o dupie Maryny" z jakimiś gostkami... a potem spacerek nad inne
jeziorko i te zajęcia na które się załapałem na krzywy ryj
i gdzie
skutecznie przełamywałem swoje słabości, jakoś tak zupełnie bez trudu.
Kumple z ośrodka, gdy im powiedziałem, że na jakieś warsztaty teatralne chodzę,
uznali, że sobie coś uroiłem. Niby się zainteresowali tematem, ale nie za
bardzo, ja ich tam nie ciągnąłem, w końcu to było moje odkrycie
.
Wracając do warsztatów. Sprawa była tym dziwniejsza, że były to warsztaty
teatralne, a mnie do teatru raczej zawsze było daleko. Mam umysł
ściśnięty
, a w szkole język polski należał do najbardziej
znienawidzonych... No i okazało się, że w tym kierunku aż tak bardzo się nie
zmieniło... na któryś zajęciach skończyły się ćwiczenia rozluźniające
,
a prowadzący polecili nam nauczyć się wybranego wiersza... nawet pożyczyli mi
w tym celu jakąś książkę (przypominam: byłem dla nich obcym człowiekiem, który
wyszedł z lasu)... następnego dnia książkę oddałem i darowałem sobie dalej te
warsztaty. Swój cel osiągnąłem, nawet tego nie planując.
Jak już o poezji mowa... to wypada wspomnieć o jednym z tych kumpli
z ośrodka
. Tak się złożyło, że był nim młody (w moim wieku) Gliwicki poeta
Krzysztof Siwczyk,
parę lat później odtwórca tytułowej roli w filmie Wojaczek
. Tak,
z jednej strony grupa młodzieży pijącej piwo, z którą gadałem o pierdołach,
a z drugiej warsztaty teatralne. I to w tej pierwszej grupie był autentyczny
poeta, a później i aktor... Nie była to żadna bliska znajomość, on mnie zapewne
nie pamięta. Ale dla mnie warta zapamiętania (poza tym, że fajnie spotkać kogoś,
o kim jest artykuł na Wikipedii ;-)), chociażby dlatego, że to on
zainteresował mnie Świetlikami. Miał lekkiego fioła na punkcie Świetlickiego
i wciąż podśpiewywał
(recytował) jego piosenki. Po tych wakacjach
kupiłem sobie pierwszą kasetę Świetlików.
Po tych wakacjach moje życie zaczęło się gwałtownie zmieniać... może to był
właśnie jakiś przełom, a może to po prostu taki wiek. W każdym razie nawet
jakieś dziewczyny zaczęły się pojawiać w moim życiu. ;-)
P.S. Pisząc ten wpis zorientowałem się jak mało pamiętam z tamtych czasów... a może to dużo?...
Podobno mogą mnie czytać jacyś miłośnicy Pythona, więc kolega mnie poprosił o podlinkowanie ogłoszenia. Proszę bardzo, może rzeczywiście komuś się przyda:
Praca Python Django Warszawa - praca stała
Sam bym się zainteresował tą ofertą, gdyby nie ta Warszawa...
Właśnie ma w pracy gościa, pewnie z okazji urodzin (nie jestem pewien, bo nic nie mówi, znaczy się coś mówił, ale nie zrozumiałem), biurowcowy kot. Gdy wracałem z łazienki, nie tylko zaszczycił mnie swoim zainteresowaniem (rzadko to się zdarza), ale i podszedł i dał się pogłaskać. Potem wyraźnie dał do zrozumienia, że chce zajrzeć do mojego biura (w końcu cały budynek do niego należy ;-)). Wpuściłem go, a on najpierw przespacerował się pod biurkami, a potem zainteresował się szafą. Tam pogrzebał w starych kartonach, a teraz siedzi na jednym i chyba nie ma ochoty się stamtąd ruszyć...
Niedługo będę kończył pracę, to będę musiał gościa wyprosić... ale czy to
tak wypada? ;-)
Jesteście obserwowani...