Zaloguj się

Jog Jajcusia

xmpp:jajcus@jajcus.net

Powrót na stronę główną

Wakacje dawno, dawno temu

Wpis u Felinity przypomniał mi pewien, chyba w pewien sposób przełomowy, a może niewiele znaczący, epizod z mojego życia.

Też kiedyś byłem chorobliwie nieśmiały. Właściwie to trochę wciąż jestem, gdzieś tam w środku. Jednak kiedyś dość skutecznie uprzykrzało mi to życie, szczególnie wszelkie kontakty męsko-damskie... Na szczęście z czasem się to zmieniło i myślę, że duży na to wpływ też miały pewne wakacje, sprzed jakiś dwunastu lat i też nad jeziorem...

Byłem wtedy z ojcem na wczasach w Swornegaciach, jak co roku. Na ośrodku nawet poznałem jakiś ludzi, ale i tak się często samotnie szwendałem po okolicy. Na jednym takim spacerze trafiłem na dziwnie zachowujących się ludzi... że sam akurat byłem w jednym ze swoich dołków (nikt mnie nie kocha, nikt mnie nie lubii...), to się ci ludzie zainteresowali tym smętnym samotnym człowieczkiem. Okazało się, że to jakiś obóz młodzieży z Bytomia i akurat mają jakieś warsztaty teatralne... Opiekunowie grupy byli nieco ode mnie starsi, pozostali uczestnicy raczej młodsi. Wszyscy zupełnie dla mnie obcy... ale zaprosili do wspólnej zabawy, a ja się zgodziłem.

I chodziłem codziennie na te dziwne zajęcia. Początek warsztatów to były właśnie ćwiczenia na śmiałość (przeciwko tremie i na wyluzowanie się) – np. krzyczenie na całe gardło, czy odgrywanie jakiś głupich scenek. Tego mi było trzeba. Wśród obcych ludzi nawet łatwiej było mi się przełamać i robić rzeczy na których normalnie nigdy bym nie zrobił (miałem przecież problemy z prostszymi sprawami). I cieszyć się tym. Jakieś głupie blokady w sobie przełamałem na dobre, albo nauczyłem łamać kiedy trzeba. A cała ta sytuacja była taka jakaś magiczna... z jednej strony wczasy, w ośrodku, jak co roku, gadanie "o dupie Maryny" z jakimiś gostkami... a potem spacerek nad inne jeziorko i te zajęcia na które się załapałem na krzywy ryj i gdzie skutecznie przełamywałem swoje słabości, jakoś tak zupełnie bez trudu.

Kumple z ośrodka, gdy im powiedziałem, że na jakieś warsztaty teatralne chodzę, uznali, że sobie coś uroiłem. Niby się zainteresowali tematem, ale nie za bardzo, ja ich tam nie ciągnąłem, w końcu to było moje odkrycie.

Wracając do warsztatów. Sprawa była tym dziwniejsza, że były to warsztaty teatralne, a mnie do teatru raczej zawsze było daleko. Mam umysł ściśnięty, a w szkole język polski należał do najbardziej znienawidzonych... No i okazało się, że w tym kierunku aż tak bardzo się nie zmieniło... na któryś zajęciach skończyły się ćwiczenia rozluźniające, a prowadzący polecili nam nauczyć się wybranego wiersza... nawet pożyczyli mi w tym celu jakąś książkę (przypominam: byłem dla nich obcym człowiekiem, który wyszedł z lasu)... następnego dnia książkę oddałem i darowałem sobie dalej te warsztaty. Swój cel osiągnąłem, nawet tego nie planując.

Jak już o poezji mowa... to wypada wspomnieć o jednym z tych kumpli z ośrodka. Tak się złożyło, że był nim młody (w moim wieku) Gliwicki poeta Krzysztof Siwczyk, parę lat później odtwórca tytułowej roli w filmie Wojaczek. Tak, z jednej strony grupa młodzieży pijącej piwo, z którą gadałem o pierdołach, a z drugiej warsztaty teatralne. I to w tej pierwszej grupie był autentyczny poeta, a później i aktor... Nie była to żadna bliska znajomość, on mnie zapewne nie pamięta. Ale dla mnie warta zapamiętania (poza tym, że fajnie spotkać kogoś, o kim jest artykuł na Wikipedii ;-)), chociażby dlatego, że to on zainteresował mnie Świetlikami. Miał lekkiego fioła na punkcie Świetlickiego i wciąż podśpiewywał (recytował) jego piosenki. Po tych wakacjach kupiłem sobie pierwszą kasetę Świetlików.

Po tych wakacjach moje życie zaczęło się gwałtownie zmieniać... może to był właśnie jakiś przełom, a może to po prostu taki wiek. W każdym razie nawet jakieś dziewczyny zaczęły się pojawiać w moim życiu. ;-)

P.S. Pisząc ten wpis zorientowałem się jak mało pamiętam z tamtych czasów... a może to dużo?...


Komentarze

Kasia

15 lutego 2007 21:22:36

z pamiętaniem to jest tak, że czasem coś nam otwiera jakąś klapkę w mózgu i wtedy jesteśmy zaskoczeni, że coś nam na kilka lat z tej pamięci wykasowało… ale fajnie jest sobie przypominać...

ola

15 lutego 2007 21:24:25

dawno mi się tak dobrze tu nie czytało, urocza opowieść:)

Felinity

15 lutego 2007 21:31:00

Jestem pod wrażeniem, pięknie opowiedziane, witaj kolego-bardzie przy wspólnym ognisku :-)

Jajcuś

15 lutego 2007 21:34:09

Bałem się, że jak tu te wypociny wyślę, to czytelnicy już całkiem zwątpią i więcej tu nie zajrzą... A tu dziewczyny mi takie komplementy prawią... O co chodzi? ;-)

Kasia

15 lutego 2007 21:34:49

widać nie byłeś taki kiepski z polskiego;)

Ika

15 lutego 2007 21:35:17

Bo napisałeś coś na ich poziomie…
A laski na to podobno lecą ;-)

Jajcuś

15 lutego 2007 21:35:54

Ika: Zazdrośnica! :-P

Ika

15 lutego 2007 21:36:31

Pudło ;D Ja się zastanawiam jak to wziąć przykład ;)

Ika

15 lutego 2007 21:37:09

Błe… te cholerne tekstylia ;-)

ola

15 lutego 2007 21:37:27

Ika ale wyszło Ci dość nieprzyjemnie:)

Ika

15 lutego 2007 21:38:22

No cóż...nikt nie jest doskonały :-)

ola

15 lutego 2007 21:39:35

może inaczej, no cóż...jedni są bardziej doskonali drudzy mniej:D

Felinity

15 lutego 2007 21:40:05

Każdy jest doskonały, tylko wg innego systemu kryteriów oceny ;-)

Ika

15 lutego 2007 21:41:07

Felinity: a to mi sie podoba ;-)

Felinity

15 lutego 2007 21:42:55

Idź i głoś więc moje dobre imię jako autorki tego powiedzenia ;-)

bazyl

16 lutego 2007 11:07:19

Fajne są takie wspominki. Jakiś czas temu sam tak wspominałem u siebie :)
W końcu po części żyjemy tym co było. A wspominanie tych przyjemnych epizodów też ma spory smaczek:)

Dodaj nowy komentarz

Dostępne jest formatowanie Textile

Podpis:
Treść:
Strona WWW (opcjonalnie):
Wpisz kod:code
 
 

Śledzenie komentarzy (RSS) TrackBack URI


Jesteście obserwowani...