...
Przedwczoraj zawiesiłem wczasy
w Ustroniu i pojechałem, sam, na ślub i
wesele mamy. Tam poza złożeniem życzeń młodej parze
to nie miałem nawet
do kogo gęby otworzyć, więc jakiejś udanej zabawie nie było mowy. Potem
wróciłem, sam, do Ustronia. Właściwie lubię samotną jazdę i w ogóle jakiś
specjalnie towarzyski nie jestem, ale to się chyba gdzieś zbiera...
Nowy Rok też witałem samotnie. Wśród jakiś, właściwie zupełnie obcych, ludzi. Z żonką śpiącą w pokoju obok (oczywiście za głupi jestem na to, żeby ją skutecznie obudzić, albo po prostu spać razem z nią)... ale czułem się strasznie samotny. Znowu dopadł mnie ten paskudny dół. W końcu i żonkę fajerwerki obudziły, więc złożyłem jej życzenia, dałem buziaka... i poszedłem w cholerę. Żeby się pozbierać. Niestety, samotne włóczenie się nocą po Ustroniu niewiele pomogło. Wróciłem do domu i zamiast spać większość nocy przepłakałem... jeszcze się nie pozbierałem. A muszę, żeby żonie nie zepsuć kolejnego urlopu...
Śledzenie komentarzy (RSS)
Jesteście obserwowani...
01 stycznia 2007 11:31:03
Jajcuś przecież masz żonę, dziecko – rodzinę, masz wielu znajomych i pewnie wielu przyjaciół więc nie jesteś sam. Każdego dopada podobny „dół”, ale w końcu szybko przechodzi i człowiek znów cieszy się życiem.