Znowu cięty...
Jakieś półtora tygodnia temu zauważyłem, że na ramieniu robi mi się mały
bąbelek. Uznałem, że mnie coś ugryzło, akurat w jedno z wielu moich znamion.
Jednak bąbelek nie znikał i zaczynał swędzieć. A wokół straszą czerniakiem,
niedawno czytałem jakiś artykuł na ten temat, w którym radzili z wszelkimi
takimi zmianami udać się do lekarza. No to tydzień temu wybrałem się do
dermatologa. Wbrew temu co się o publicznej służbie zdrowia słyszy, nie trzeba
było czekać na jakieś odległe terminy, wystarczyło pójść do przychodni
i odczekać w kolejce niecałą godzinkę. Pani doktor spojrzała na bąbelek i
od razu zabrała się za wypisywanie recepty na maść z antybiotykiem
i skierowania do chirurga – Skoro znamię jest w stanie zapalnym, to
lepiej będzie je kiedyś usunąć
.
Ja nie lubię z takimi rzeczami czekać, więc już w poniedziałek zadzwoniłem
do poradni chirurgicznej, czy się załapię na zabieg przed wyjazdem (pod koniec
przyszłego tygodnia). Pani wydała się zaskoczona sugestią, że miałbym tam na
coś czekać, więc tylko dokończyłem co aktualnie robiłem i pojechałem do
poradni. Tam znowu musiałem trochę poczekać, w końcu chirurg mnie przyjął. Gdy
mu pokazałem z czym przychodzę, to najpierw stwierdził to nie znamię!
,
potem, że nie warto tego usuwać. No to miałem dwie sprzeczne opinie lekarzy...
Nie dałem za wygraną i doktor zaprosił mnie na zabieg w czwartek (dzisiaj).
Miałem przyjść gdzieś w okolicach 11:00-12:00, to przyszedłem. Pani w recepcji była trochę zaskoczona. Gdy powiedziałem, że jestem umówiony, dowiedziałem się, że powinienem jeszcze się zarejestrować, bo tak to nie dobrze... ale poprosiła mnie, żebym poczekał przed gabinetem. Chwilę później wchodziłem do środka, pani poprosiła, żebym się położył i zaczęła szykować wszystko do zabiegu. Chwilę potem pojawił się lekarz. Znieczulił, wyciął co trzeba, zaszył, potem założyli mi opatrunek. Wielki opatrunek (spodziewałem się raczej małego plasterka). Za tydzień mam się zgłosić do kontroli.
Cały zabieg był całkiem relaksujący... zamiast siedzieć w pracy
i wysilać mózgownicę mogłem sobie po prostu poleżeć na stole i się opierdalać
przez chwilę ;-). Bo wszystko to było w godzinach pracy –
publiczna służba zdrowia nie jest pod tym względem zbyt elastyczna. Pierwsze
dwie wizyty u lekarza odrobiłem siedząc dłużej w robocie. Dzisiejszej już nie,
bo szef stwierdził, że nie trzeba – więc to był czysty relaks.
;-D
Śledzenie komentarzy (RSS)
Jesteście obserwowani...
20 lipca 2006 22:55:20
Bycie ciętym to relaks? Ale ponoć na starość to ludziom tak bije w mózgownicę :P