Zaloguj się

Jog Jajcusia

xmpp:jajcus@jajcus.net

Dziennikarska fantazja...

Zawsze zadziwiała mnie fantazja niektórych dziennikarzy. Jeśli czegoś nie wiedzą, to sobie wymyślą. Czasem całkiem sprytnie.

Właśnie przeczytałem sobie całkiem ciekawy artykuł w Rzeczpospolitej. Artykuł bardzo optymistyczny, podane liczby wręcz zaskakujące... ale ja nie o tym.

Pod artykułem jest komentarz przybliżający czytelnikom Linuksa. A w nim możemy przeczytać:

Sam Linux i część oprogramowania użytkowego działającego pod jego kontrolą są bezpłatne. Oferowane są też płatne programy, ale tanie tzw. dystrybucje Linuksa.

8 komentarzy do wpisu „ Dziennikarska fantazja...”


Pingwinaria 2006

Wyjechałem w czwartek rano, przed 9:00. Pogoda prześliczna, bardzo przyjemnie się jechało. Po drodze wpadłem jeszcze z misją specjalną do Bochni – żona prosiła, żeby spróbować kupić spodnie, takie same jak ona tam kupiła z trzy lata temu. Sklepik nawet nadal był na miejscu, ale takich spodni to od trzech lat tam nie widzieli... Misja zakończyła się więc klęską. W Bochni zjadłem jeszcze małe drugie śniadanko i pojechałem dalej. Na miejsce dotarłem akurat na obiad, cała droga zajęła mi jakieś cztery i pół godziny.

Gdy zgłosiłem się w recepcji hotelu, to okazało się, że nie ma dla mnie tam miejsca – pani odesłała mnie na drugą stronę ulicy (ciekawe czemu w Damisie już mnie nie chcieli...). Tam był dużo mniejszy, ale też całkiem sympatyczny hotelik. Tyle że bez gniazdek z Internetem. Właściwie to jedyna rzecz do której można było się przyczepić w organizacji całej imprezy, bo dostęp do Internetu był obiecany. Uruchomili niby później jakieś WiFi, ale to już nie to samo, szczególnie, że działało bardzo kiepsko. Na szczęście było podczas Pingwinariów tyle atrakcji, że kiepski dostęp do Sieci bardzo nie doskwierał. Pokój dzieliłem z Tristanem, Bartkiem i jeszcze kimś (od razu przepraszam wszystkich których do końca nie kojarzę/nie pamiętam -- pamięć do ludzi zawsze mi szwankowała :-().

Po obiedzie (jak w zeszłym roku karmili nas tam porządnie. aż za porządnie ;-)) i odebraniu gadżetów (bardzo praktyczne w tym roku: torba na ramię, multitool i piersiówka) wyciągnąłem psz i jeszcze kogoś (patrz disclaimer powyżej) na mały spacerek, na Górę Parkową. Najpierw próbowaliśmy ścieżką spod samego hotelu, ale po zapadnięciu się po kolana w śniego na samym wstępie postanowiliśmy trzymać się ścieżki dla emerytów. Pogoda dalej dopisywała, więc spacerek był miły, a na górze można było podziwiać widoki. Jednak zaraz trzeba było wracać – nadchodził czas oficjalnego otwarcia Pingwinariów i pierwszych wykładów.

Pierwszy wykład był o tym, jak sobie można dorobić, do zamkniętego programu, przydatną funkcjonalność, za którą normalnie trzeba sporo zapłacić. Drugi, o praktycznie bezużytecznym (IMHO, jak inne podobne inicjatywy), ale rzeczywiście interesującym projekcie Looking Glass. Po wykładach było znowu wielkie żarcie (kolacja) i Tradycyjne, coroczne spotkanie założycielskie RWO – znaczy się, honey opowiedział co ciekawego RWO zrobiło ostatnio, co mu dolega i jak widzi jego przyszłość. Potem było trochę dyskusji na korytarzach i w pokojach i można było iść spać – pierwszej nocy nawet nie tak późno.

Drugi dzień zaczął się tremą – pierwszy wykład należał do mnie. Jakoś jednak zdołałem śniadanko zjeść i na miejsce dotrzeć. Trochę postaliśmy pod drzwiami, bo były problemy z kluczem, ale, że 45 minut to i tak było dla mnie aż za dużo, to się tym zbytnio nie przejąłem. Na wykład przyszło całkiem sporo ludzi, gdy kończyłem, nie było ich wcale mniej. Niczym też we mnie nie rzucano, więc chyba wypadło całkiem nieźle.

Potem były wykłady o OCamlu (kiedyś się tym bawiłem, ale nie przypadł mi do gustu) i o Plone (Zopem się dużo bawię, samym Plone mniej). Może nie dowiedziałem się niczego nowego, czy specjalnie przydatnego, ale wykłady ciekawe. Potem oczywiście znowu żarcie.

Po obiedzie zabrałem Smoka i pojechaliśmy pod Jaworzynę. Ja pojeździć na nartach, Smoku łyknąć świeżego powietrza. Pogoda od rana była nienajlepsza, co jakiś czas trochę popadywało, ale postanowiłem zaryzykować. Szczególnie, że przywiozłem sobie nawet z Gliwic własne buty. Wypożyczyłem więc sprzęt i wjechaliśmy kolejką na górę.

Tam warunki śniegowe świetne, widywałem gorsze w środku sezonu. Moja forma też nie najgorsza -- bez problemu pokonałem jedną trasę bez zatrzymywania po drodze. Zjechałem sobie tam dwa razy, potem zmieniłem trasę. Niestety, zaczęło padać. Dwa razy wjechałem wyciągiem z zaciśniętymi zębami, licząc na to, że pogoda się poprawi, ale w końcu się poddałem i w strugach deszczu zjechałem na dół. A tam... niebo niebieskie, słoneczko wyszło i w ogóle znowu ślicznie... Jednak ja byłem na tyle przemoczony, że nie miałem ochoty próbować kolejnego wjazdu. Oddałem sprzęt i poczekałem na Smoka. W tym roku sobie wiele nie pojeździłem. :-(

Przez poobiednią wyprawę ominął mnie wykład o Eclipse i większość wykładu o Google. Nie zależało mi na żadnym z nich, ale okazało się, że tego o Google warto byłoby sobie posłuchać. Dobrze, że jest nagranie. Po Google był wykład o Gentoo, jednak i to mnie specjalnie nie interesowało, a czułem niedosyt wysiłku fizycznego... więc wybrałem się jeszcze na basen.

Po basenie kolacja, potem trochę pobawiłem się Internetem (cała sztuka polegała na tym, żeby go tam jakoś złapać) i poszedłem na tradycyjne Karaoke, a więc pijackie wycia w wykonaniu Linuksiarzy. Trochę powyłem razem z nimi, ale w końcu i tego miałem dosyć. Potem krążyłem po hotelu (przyłączając się do różnych zajęć w grupach), na chwile, po 1:00 w nocy, wyszedłem na miasto, potem znowu krążyłem. W sumie do łóżka trafiłem koło 3:00.

Na sobotnie śniadanie udało mi się, mimo wszystko, wstać. Byłem na wszystkich przedobiednich wykładach – o integracji aplikacji przy pomocy Open Adaptora i J-EAI (znowu ktoś obchodził jakieś ograniczenia Symfonii), o środowisku RTAI-Linux (trochę akademickie było, ale nawet ciekawe) i o produktach Novella (są sponsorzy to i marketingu trochę musi być).

Pogoda dalej nie dopisywała i po piątkowych przygodach na narty już nie miałem ochoty. Po obiedzie więc, pokręciłem się po hotelach, pobawiłem Internetem, pogadałem z ludźmi.. i tak do pierwszego wykładu, tym razem HP. Zaczynało się nawet zabawnie, ale właściwie sprowadziło się do tego, jakie to fajne serwery ma HP (z mojego doświadczenia wynika coś innego) i do tego Linux na tym chodzi i można kilkoma kliknięciami zainstalować. Potem było o telefonii IP – potraktowałem to jako wykład obowiązkowy, w końcu to będzie moja nowa robota. Na końcu wykład, czy raczej prezentacja, na którą najbardziej czekałem – o tworzeniu muzyki pod Linuksem. Prezentacja zakończyła się koncertem na trzy instrumenty – gitarę, flet i skrzypce. Na skrzypcach grała sama Pani Prezes.

Po kolacji jakoś nie mogłem znaleźć dla siebie miejsca, więc wyszedłem na miasto. Liczyłem na to, że znajdę jakieś miejsce, gdzie będzie sobie można usiąść, posłuchać dobrej muzyki, a może nawet poszaleć. Poza tym, chciałem sobie trochę pospacerować. Najpierw wszedłem na jakąś górkę z ośrodkami. Strasznie tam cicho było w nocy. Na górze śliczny widok na rozświetloną Krynicę i nawet jakąś muzykę z dołu było słychać. Na dole okazało się, że muzyka leci z głośników wystawionych przez restauracją. Nie zaglądałem jednak na razie do środka, tylko poszedłem dalej.

Na scence na placu zdrojowym jakaś młodzież rozstawiała się z instrumentami. Zainteresowało mnie to, jednak okazało się, że będą śpiewać jakieś religijne pieśni. Postanowiłem się więc przespacerować gdzie indziej – na Górę Parkową. Nie wszedłem wysoko, gdy doszły mnie dźwięki śpiewającej procesji wychodzącej z kościoła. Wyglądało to też malowniczo – tłum ludzi ze świecami, w ciemności. Ja jednak poszedłem dalej. Fajnie się tak idzie na górę, gdy nawet ścieżki pod nogami za bardzo nie widać... Na górze cisza i piękne rozgwieżdżone niebo. Chwilę tam się pokręciłem i wróciłem na dół.

Poszedłem do tej restauracji, gdzie grała muzyka. Okazało się, że to tylko tak na wabia. W środku nic ciekawego, nawet tej muzyki co ją słychać na zewnątrz. Kawałek dalej zajrzałem do jakiegoś klubu, ale byczek na bramce dał mi grzecznie do zrozumienia, że nie mam tam czego szukać. Chyba rzeczywiście, bo jakaś smarkateria tam była. Wstąpiłem więc tylko do całodobowego sklepu i kupiłem trójpak – dwie paczki chipsów i kolę. Tak zaopatrzony wróciłem do hotelu.

Do hotelu się dosłownie wtoczyłem, przy wejściu dobrze bawiła się grupka Pingwiniarzystów, którzy zaraz zaczęli zaglądać co to ja mam w tej torbie i czym to mogę być taki nawalony... mnie najwyraźniej wystarczy wsadzić nos do dwóch knajp ;-). Dołączyłem do tej imprezki i dalej razem bawiliśmy się jak przystało na jakiś licealistów, a nie dorosłych ludzi, budząc przerażenie u obsługi. Ale dobrze, za młodu to ja byłem grzeczny chłopczyk, czas nadrabiać zaległości. ;-) Spać poszedłem chwilę przed 4:00.

W niedziele, jakimś cudem, też udało mi się na śniadanie wstać. Po śniadaniu się spakowałem i poszedłem na ostatni wykład – prezentację i pogadankę o podpisach elektronicznych (bardzo interesujące). Po wykładzie właściwie to już tylko wsiadłem w samochód i pojechałem do domu. Po drodze, przez Limanową, mogłem jeszcze trochę popodziwiać śliczne widoki, nawet pochmurna pogoda (poprawiła się dopiero, gdy połowę drogi miałem za sobą) bardzo w tym nie przeszkadzała.

Z całych Pingwinariów jestem bardzo zadowolny. Szkoda tylko, że tak krótko i że żonki ze sobą nie zabrałem. Może następnym razem się uda.

11 komentarzy do wpisu „ Pingwinaria 2006”


One (dead) Man Show

Wracając z Pingwinariów nie mogłem w samochodzie normalnie posłuchać muzyki w radiu — co chwilę musiałem wciskać „szukaj kolejnej stacji”, żeby zejść z jedynego słusznego tematu. Toż to bardziej męczące niż reklamy. Cztery dni mnie w domu nie było, więc jak wróciłem postanowiłem obejrzeć Teleexpres, żeby zobaczyć co się w świecie działo... Dotrwałem do 12-tej minuty i wyłączyłem — nic nie wskazywało na to, że przekażą jakąś istotną wiadomość, no chyba że jedną w stylu, że kaczki znowu chcą rozwiązać parlament... Po Teleekspresie już nie miałem zamiaru radia ani telewizora włączać. Z wyjątkiem dobranocki dla dziecka (o dziwo, była). Mimo to ogólna paranoja nie dała nam spokoju. Sporo po 21:00, gdy położyliśmy spać wykąpane dziecko, rozwyła się syrena... Gdyby Papież umarł o pierwszej w nocy, też by wszystkich pobudzili??? W przyszłym roku i wszystkich następnych też nas to czeka?

24 komentarze do wpisu „One (dead) Man Show”



[szpieg] Jesteście obserwowani...