Na koniku...
Dzisiaj, jak co niedzielę, pojechałem z dziewczynami do Szałszy na konie. Pogoda była zupełnie niezachęcająca (mgła i lejący deszcz), ale instruktor zapewnił, że jest gdzie jeździć, bo hala (kryta ujeżdżalnia) przygotowana.
Na miejscu pogoda wyglądała jeszcze paskudniej niż przez okno, ale na hali
konie już jeździły, tylko dwa stały w stajni. Gdy najspokojniejszy, Bohun, się zwolnił,
to posadziliśmy na niego Małą i zrobiliśmy kilka kółeczek. Później żonka
wsiadła na poważniejszego
(większego i chętniejszego do biegania) konia
– Neskę i zaczęła swoją jazdę.
Ja w tym czasie pilnowałem Krysi, która zresztą całkiem dobrze się sama bawiła w słomie, a poza tym pomogłem założyć czapsy na pewne zgrabne nóżki i kilka razy trzymałem dziewczynom konia (gdy się przesiadały, albo miały dość). Bałem się, że z Krysią zmarzniemy, gdy Ika będzie jeździć, ale na hali było ciepło i całkiem przyjemnie. Gdy tak stałem z Bohunem, gdy żona kończyła, to stwierdziłem, że może bym w końcu i ja na konia wsiadł. Przez ostatnie parę miesięcy się wstrzymywałem, bo miałem przepuklinę, a po operacji lekarz przez trzy miesiące (czyli gdzieś tak do Mikołaja) zabronił mi uprawiania sportu. Zdecydowany byłem tym bardziej, że dziewczynom, które jechały z Iką, szło raczej nienajlepiej i na ich tle duża kompromitacja mi dziś nie groziła.
Oczywiście okazało się, że, mimo oglądania jeździectwa od pół roku, nie
bardzo wiedziałem co z tym koniem zrobić – jak wsiąść, jak usiąść, jak
trzymać wodze. Ale nawet jakoś udało mi się Bohuna (znanego z perfekcyjnych
umiejętności stania w miejscu) wystartować
i stępem okrążać halę, nie
pozwalając koniowi na skróty. Ale stępem to nic ciekawego, trzeba było kłusem
spróbować. Do tego już konik nie był taki chętny, więc żonka musiała dać mu
przykład i biegała koło nas wokół hali. ;-) Z bacikiem w ręce, bo
sam przykład to mogłoby być za mało.
Na początku kłusa obiłem sobie tyłek, ale w końcu zaczęło mi nawet to anglezowanie wychodzić. A i żona nie musiała biegać, bo Bohun zaczął mnie słuchać. Może dlatego, że już miałem bacik w ręce (ale raczej go nie używałem). Tak sobie jeździłem, to kłusem, to, dla odpoczynku, stępem. Koń, który podobno jest wyjątkowo leniwy i raczej początkujących jeźdźców nie słucha, był całkiem posłuszny. Poza paroma wyjątkami: zatrzymywał się, gdy inny koń go doganiał i gdy pojawiał się instruktor (to drugie tym dziwniejsze, że zwykle bywało na odwrót). No i pod koniec jazdy zaczął mieć humory. Ale i ja już się przy tym kłusie nie upierałem.
W sumie pojeździłem jakieś 45 minut (norma dla początkujących to pół
godziny). Ku mojemu zaskoczeniu zszedłem o własnych siłach, niespecjalnie obolały
i całkiem sprawny. Czyżby moja fatalna forma nie była taka fatalna? Po jeździe miałem
konia odprowadzić do stajni i rozsiodłać. I znowu się okazało, iż mimo, że
naoglądałem się tego sporo, to nie bardzo wiedziałem co z tym koniem tam zrobić
;-). Koleżanka odrobinę pomogła i nie było źle.
Będę musiał zacząć regularnie jeździć. To może być całkiem zabawne, a jakiś sport, dla odmiany od kilkunastogodzinnego siedzenia przy komputerze, na pewno mi się przyda.
No to jeździ ika, jeździ smoku,
zacząłem jeździć ja... Kto następny? ;-)
Śledzenie komentarzy (RSS)
27 listopada 2005 20:32:31
Wir :) Ale dopiero na lato :D