Po koncercie...
Dzisiaj wybrałem się z żonką na koncert, na Łzy
, w Wiatraku.
Wyszalałem się nieźle. Mimo, że popularny zespół, to zagrali kawał niezłego
rocka. Było super, ale rzeczywiście, troszkę
za głośno.
A teraz trochę pomarudzę...
Niestety, żonka się tak dobrze nie bawiła. Właściwie, w ogóle się nie
bawiła, mimo, że tak na to liczyłem... No cóż... wygląda na to, że jestem skazany
na jeżdżenie na koncerty samemu. :-( W sumie prawie zawsze tak było.
Ma to też swoje zalety, ale trochę smutno zawsze jest, szczególnie gdy się
widzi bawiące się razem pary, czy chociaż grupki przyjaciół... Jednak na dobrym
koncercie zwykle przychodzi taki moment, gdy mijają smutki, zostaję tylko ja i muzyka.
I wbrew wszystkiemu znakomicie się bawię... tyle, że koncert zwykle szybko się
kończy... Podobnie było tym razem.
Ale żonka jest kochana. Nawet dzielnie zniosła dzisiaj moje marudzenie. Dziękuję!
Po powrocie do domu humor prawie mi się poprawił... a tu jeszcze kolejna nowina... wrrr... nie dość że łapie mnie jesienna depresja i żadnych, powodów do zmartwień nie potrzebuję, to jeszcze kaczki dorwały się do władzy...
Swoją drogą, jeśli ta jesienna depresja
mi nie odpuści, to nienajlepiej
się Jesień Linuksowa zapowiada...
Śledzenie komentarzy (RSS)
Jesteście obserwowani...
23 października 2005 23:04:39
Z Zabrza?