Zaloguj się

Jog Jajcusia

xmpp:jajcus@jajcus.net

Powrót na stronę główną

Dałem się pociąć...

Parę miesięcy temu pojawiła mi się pewna wypukłość koło ucha. Nie bolała, ale denerwowała. Parę tygodni temu poszedłem z tym (między innymi) do dermatologa. Lekarka uznała, że to tylko chirurgicznie usunąć można i dała mi skierowanie do chirurga. W zeszły tygodniu poszedłem do tego chirurga — państwowo i wyobraźcie sobie, że zapisano mnie na godzinę a jak przyszedłem nic nie musiałem czekac w kolejce. Chirurg obejrzał, pomacał i stwierdził: Kaszaczek. Do usunięcia. Powiedział to tak, jakby miało mnie to zaskoczyć, abo co. A przecież w celu tego usunięcia tam przyszedłem. Powiedział, że w poniedziałek mam się zgłosić na zabieg i tyle było wizyty.

Dzisiaj się więc zgłosiłem. Pani kazała mi się położyć na stole, wycelowała we mnie lampę i przemyła kaszaczka. Przyszedł chirurg, nie żałował sobie alkoholu, nawet stwierdził bez gorzały dzisiejsza medycyna nie funkcjonuje. Na szczęście nie stosował tego doustnie, ale do przemywania miejsca operacji. Jeszcze strofował asystentkę, że za słabo polewa. W końcu wyciął co było do wycięcia i zaszył. Nic nie czułem poza ukłuciem igły ze znieczuleniem i potem lekkimi pociągnięciami i przyciśnięciami. Za to bardzo dobrze słyszałem np. pieniącą się wodę utlenioną — w końcu cięli mnie zaraz obok ucha.

W środę mam się zgłosić do zmiany opatrunku (opatrunek == zwykły plaster, w tym przypadku), a w przyszły poniedziałek do zdjęcia szwów. Miałem się też zaopatrzyć w środki przeciwbólowe, bo w końcu mam dziurę w policzku i może boleć. Rzeczywiście, tak godzinę po zabiegu, trochę bolało. Łyknąłem dwa Ibupromy i jak na razie jest dobrze. W porównaniu do usuwania ósemki taka operacja to sama przyjemność. ;-)

Niestety poza wizytą u chirurga nie jest dzisiaj tak miło. Okazało się znowu, że jestem paskudnym mężem i znowu zostałem skutecznie zdołowany. :-( Aby się trochę pozbierać poszedłem na miasto... powłóczyłem się po centrum, w kawiarence zjadłem sobie deser Sułtański z gałką lodów czekoladowych, poszwędałem się na peronach na dworcu, kupiłem tabliczkę czekolady (60% kakao, mniam) i zacząłem dalej się włóczyć w kierunku domu. Jak byłem prawie na miejscu, to deszcz mnie zagonił do najbliższej bramy. Brama prowadziła do knajpy. Knajpa (4art przy Wieczorka w Gliwicach) okazała się całkiem sympatyczna. Z głośników leciał blues. Kupiłem więc sobie kolę z cytrynką (albo mam wrażenie, albo barman nie potraktował mnie całkiem poważeni) i usiadłem. Sączyłem sobie tę kolę, przegryzałem resztkami czekolady i słuchałem bluesa. Chyba lubię bluesa...

W końcu wróciłem do domu, już trochę uspokojony (oaza spokoju, jeśli wiecie o co mi chodzi ;-)), a życie musi potoczyć się dalej...


Komentarze

Dodaj nowy komentarz

Dostępne jest formatowanie Textile

Podpis:
Treść:
Strona WWW (opcjonalnie):
Wpisz kod:code
 
 

Śledzenie komentarzy (RSS) TrackBack URI


[szpieg] Jesteście obserwowani...