17 kwietnia 2005
16:00:17
|
kategorie:
zdrowie,
No i znowu płaczę. Tym razem jednak to nie chora psychika, ale fizjologia.
Cholerne pyłki niewiadomoczego. W tym roku zaczęło się nawet dość łagodnie
— dwa tygodnie temu lekki katar, ale upierdliwy, bo spływający do
gardła. Zacząłem wtedy łykać jakieś tabletki (kupione bez recepty, więc mało
i drogo) i nawet jakby pomagały. Jednak przestały pomagać. Od paru dni boli
mnie gardło (zwykle taki jest skutek tych spływających glutów), a ostatnio
jeszcze smarkam, kicham i łzawię. Zacząłem sobie już nawet tymi sterydami do
nosa psikać, ale to trochę potrwa zanim to zacznie działać. Jutro spróbuję się
wybrać do lekarza. Nic genialnego raczej nie wymyśli, ale przynajmniej tańsze
lekarstwa zapisze i może coś na te gardło (nie będę dwa tygodnie tego Sebidinu
ssał).
No i jak tu teraz cieszyć się wiosną? Na szczęście mnie to w miarę szybko
przechodzi (liczę, że i tym razem tak będzie), znacznie gorzej miewa żonka
w czerwcu...
14 kwietnia 2005
14:21:26
|
kategorie:
pierdoły,
Recruitment advertising as it should be done
No cóż, na pl.praca.oferowana, ani w żadnej gazecie nie widziałem
żadnego podobnie zachęcającego ogłoszenia. Inna sprawa, że na takiego human
shield
to ja się zupełnie nie nadaję...
09 kwietnia 2005
19:29:13
|
kategorie:
wypoczynek,
Ostatnio co roku w Krynicy, na Pingwinariach jeździłem sobie trochę na
nartach. 2h rocznie to niewiele, ale zawsze lepsze niż nic. W tym roku udało
mi się już zaznać tej rozrywki pewnej soboty w Szczyrku, więc tak bardzo mi
nie zależało, ale zawsze fajnie byłoby sobie pojeździć...
W poprzednich latach Pingwinaria odbywały się w Czarnym Potoku, dwa rzuty
beretem od dolnej stacji kolejki na Jaworzynę. Teraz jesteśmy na drugim końcu
Krynicy, więc dalej, czas dojazdu dłuższy (bo na piechotę za daleko). W końcu
uznałem, że jak wybiorę się po śniadaniu i wrócę na obiad, to nawet zdążę
sobie pojeździć. Już miałem się pytać na recepcji, kiedy mam najbliższy
autobus... i przypomniałem sobie, że przecież mam samochód. :-)
Jeszcze się do tego nie przyzwyczaiłem. W każdym razie problem dojazdu i czasu
nań zmarnowanego został rozwiązany.
Na miejscu, pod stacją kolejki, wypożyczyłem sprzęt. Proponowali mi narty
1.6m, ale ja się uczyłem na takich 1.9m (a może większych), więc wziąłem 1.7m.
Kupiłem kartę z 30 punktami i wjechałem na górę. W tym roku była otwarta też
trasa na wschodnim stoku, gdzie jeszcze nie jeździłem, więc najpierw tam
właśnie się udałem. Jeździło się super. Śmiesznie krótkie te nartki, ale
rzeczywiście same skręcają
. Dawno mi się tak dobrze nie jeździło,
nawet ostatnio w Szczyrku. To pewnie dlatego, że teraz w nieco lepszej formie
byłem — wcześniej i byłem na basenie i wlazłem na tę Parkową wlazłem, a
nie tylko siedziałem przy kompie jak zwykle. W ogóle podoba mi się taka
wiosenna jazda. Może warunki śniegowe (ilościowe i jakościowe) dużo gorsze niż
zimą, ale słoneczko świeci, ciepło jest (nie trzeba kombinować z kilkoma
warstwami ubrań, wystarczy wiosenna kurtka), ludzi nie ma (żadnych kolejek)
— po prostu super. W sumie przejechałem prawie 18km.
Wróciłem w środku przerwy obiadowej. Nażarłem sie jak zwykle i poszedłem
na wykłady, w końcu jakichś trzeba wysłuchać (niektórzy woleli spać
;-)). Jeszcze na obiedzie ktoś mi wcisnął jakąś kartkę, z takich
jakie podobno Agusia rozdawała i które zawierały jakieś pytania konkursowe.
Pytania idiotyczne, więc wymyśliłem jakieś idiotyczne odpowiedzi. W całym
hotelu ludzie kombinowali co to właściwie jest i co odpowiedzieć, niektórzy
potraktowali sprawę prawie zupełnie poważnie, inni w ogóle nie. Po wykładach
zostały ogłoszone wyniki. Pytania są podobno autentykami z SGH, a mnie udało
się wygrać koszulkę. Wziąłem XXL, więc pewnie żona będzie miała nową koszulę
nocną...
Teraz w planie jest jeszcze Key Signing Party i jakaś dyskusja panelowa.
Po tym pewnie będzie znowu imprezowanie (szlajanie się z laptopem po hotelu)
do późnej nocy... A jutro będzie trzeba wracać...
08 kwietnia 2005
22:46:24
|
kategorie:
imprezy,
linux,
Dzisiaj będzie krócej...
Rano śniadanie, znowu się nażarłem. Potem wyprawa, tym razem w
towarzystwie, na Górę Parkową i główny deptak. Po spacerze chwilka oddechu
i przygotowania do prezentacji. Po krótkich problemach udało się odpalić
laptopa kolegi wraz z rzutnikiem, jeszcze 2 minuty przed czasem. Wtedy dała o
sobie znać trema (a już się dziwiłem, co tak spokojnie do tego podchodzę)... i
musiałem biegiem wylecieć z sali konferencyjnej, do mniejszego pomieszczenia
obok ;-). Zdążyłem jednak na czas. Publiczność dopisała i chyba
nawet nikt nie wyszedł w trakcie, a na końcu nie zostałem obrzucony niczym
poza pytaniami na temat prezentacji. Było więc OK.
Potem obiadek (jak zwykle solidny), i kolejne wykłady. Ten o funktorach z
C++ darowałem sobie po chwili, ten język zupełnie mnie nie pociąga, a te
funktory to dla mnie nic nowego, mimo że nie wiedziałem że to się tak nazywa.
Najlepiej wypadł wykład o palmtopach.
Po kolacji, chwilę posiedziałem w stołówce, a potem w pokoju, żeby się
uleżało
i poszedłem na basen. Basen czynny do 20:00, więc nie ma rady
— trzeba pływać z kolacją. Później trafiłem na towarzystwo wybierające
się do Żabki po napoje. Skoro nie miałem nic lepszego do roboty, to poszedłem
z nimi. A teraz imprezujemy...
Impreza wygląda tak, że osiem osób siedzi w dwuosobowym pokoiku, z
sześcioma laptopami i czasem coś popija (ja wodę na zmianę z kolą, inni
bardziej tradycyjne napoje). Dyskusje o wszystkim, ale słownictwo i
skojarzenia wciąż branżowe
. Poza tym, każdy stuka coś tam na swoim
laptopie. No cóż, nie ma to jak Gicza impreza... fajnie jest :-).
07 kwietnia 2005
23:30:45
|
kategorie:
natura,
sieci,
wypoczynek,
Wyjechałem z domu rano, dwadzieścia po siódmej. Podjechałem jeszcze na plac
Piastów po kolegę z Bytomia i ruszyliśmy w kierunku Krynicy. Droga była
bezproblemowa i udało się ją pokonać, spokojną jazdą (inaczej tym samochodem
się nie da), w cztery godzinki. Na miejscu jeszcze prawie nikogo poza
organizatorami nie było. Załatwiłem co było do załatwienia i
postanowiłem zwiedzić okolicę...
Na północnym stoku Góry Parkowej, zaraz obok hotelu, leży jeszcze masa
śniegu (około 1.5m), ścieżka też ośnieżona, a ja w wiosennym ubraniu (bez
kurtki, czy swetra, tylko w koszuli flanelowej). I było mi ciepło. Szczególnie
że wdrapywałem się na górę szybkim krokiem, trasą niekoniecznie spacerową
— jeszcze częściowo ośnieżonym i oblodzonym torem saneczkowym. Po drodze
spotkałem kilka wiewiórek, a także stado jeleni (właściwie to łani), które
patrzyły się na mnie jak na jakiegoś idiotę (kto inny w letnich butach i bez
kurtki brodzi w śniegu?) i nawet nie próbowały uciekać. Na górze trochę wiało
(halny), ale i tak było dość ciepło, jednak nie na tyle, żeby długo tam
siedzieć. Było tam trochę tubylców
, z jednym z nich, całkiem
sympatycznych, sobie trochę pogadałem. Zainteresował się, czy mi nie zimno,
poopowiadał co interesującego mogę zobaczyć w drodze na dół, pogadaliśmy o
tych łaniach, które tu właściwie oswojone, a kiedyś było ich nawet więcej itd.
itp. Oczywiście rozmowa nie była zupełnie bezinteresowana i pan pokazał mi co
ma na swoim stoisku. Polubiłem go, więc nawet coś kupiłem (trzeba wspierać
lokalny folklor), jakiś kamyczek co ma Wodnikowi szczęście przynosić, nawet
coś utargowałem, a do tego rzemyczek gratis ;-).
Wróciłem akurat na obiad. Wbrew Pingwinaryjnej tradycji, jedzenia było
dobre i dużo (szwedzki stół, na którym niczego nie zabrakło). Potem oficjalne
otwarcie i pierwsze wykłady. Na żadnym nawet nie ziewnąłem, więc całkiem
niezłe. Potem pyszna i obfita kolacja. Po kolacji miałem dylemat, pójść na
wykład polskiego CERTu, czy na basen (czynny tylko do 20:00), na który
przysługuje mi 45 minut dziennie. Wybrałem basen, bo rzadko zdarza mi się
popływać, a jak jest taka okazja, to warto zadbać o formę.
Po basenie wróciłem do pokoju, gdzie akurat odbywało się spotkanie ŚLUGu.
Trochę poudzielałem się w dyskusji, a jednocześnie próbowałem CJC odpalić.
Odpaliłem właściwie przed wyjściem, ale się wyłączył. W kolejnych próbach też,
albo się nie mógł połączyć, albo zaraz po zestawieniu połączenie się
zawieszało i w końcu zrywało. Dostęp do Internetu okazał się fatalny. Dopiero
później, po zakończeniu spotkania zaczęło to jakoś działać, więc mogę napisać
na Joggera to co piszę.
Z dostępem do Sieci było w ogóle ciekawie... Miał być. Jak przyjechałem do
hotelu okazało się, że nie ma, będzie za miesiąc
. W pokoju gniazdko
Ethernet było, to podłączyłem HUBa, ale nawet lampka link
się nie
zapaliła. Szybko okazało się dlaczego, bo zobaczyłem na korytarzu dziury w
ścianach pod skrzynki, gdzie wystawały kable Ethernet, nawet zakończone
wtyczkami RJ45. Przed obiadem już dwóch panów ładowało tam HUBy i montowało
skrzynki. Po obiedzie już link
się świecił, ale adresu po DHCP się nie
dostawało. Przed kolacją już DHCP działało, ale net nie bardzo. A teraz działa
wszystko :-). Ciekawe jak długo...
04 kwietnia 2005
21:42:36
|
kategorie:
lajf is brutal,
Nawet szybko się dzisiaj pozbierałem. Chyba jednak robię jakieś
postępy... :-)