Zaloguj się

Jog Jajcusia

xmpp:jajcus@jajcus.net

No i znowu płaczę

No i znowu płaczę. Tym razem jednak to nie chora psychika, ale fizjologia. Cholerne pyłki niewiadomoczego. W tym roku zaczęło się nawet dość łagodnie — dwa tygodnie temu lekki katar, ale upierdliwy, bo spływający do gardła. Zacząłem wtedy łykać jakieś tabletki (kupione bez recepty, więc mało i drogo) i nawet jakby pomagały. Jednak przestały pomagać. Od paru dni boli mnie gardło (zwykle taki jest skutek tych spływających glutów), a ostatnio jeszcze smarkam, kicham i łzawię. Zacząłem sobie już nawet tymi sterydami do nosa psikać, ale to trochę potrwa zanim to zacznie działać. Jutro spróbuję się wybrać do lekarza. Nic genialnego raczej nie wymyśli, ale przynajmniej tańsze lekarstwa zapisze i może coś na te gardło (nie będę dwa tygodnie tego Sebidinu ssał).

No i jak tu teraz cieszyć się wiosną? Na szczęście mnie to w miarę szybko przechodzi (liczę, że i tym razem tak będzie), znacznie gorzej miewa żonka w czerwcu...

6 komentarzy do wpisu „ No i znowu płaczę”


Jak powinny wyglądać oferty pracy.

Recruitment advertising as it should be done

No cóż, na pl.praca.oferowana, ani w żadnej gazecie nie widziałem żadnego podobnie zachęcającego ogłoszenia. Inna sprawa, że na takiego human shield to ja się zupełnie nie nadaję...

6 komentarzy do wpisu „ Jak powinny wyglądać oferty pracy.”


Wiosenne narciarstwo

Ostatnio co roku w Krynicy, na Pingwinariach jeździłem sobie trochę na nartach. 2h rocznie to niewiele, ale zawsze lepsze niż nic. W tym roku udało mi się już zaznać tej rozrywki pewnej soboty w Szczyrku, więc tak bardzo mi nie zależało, ale zawsze fajnie byłoby sobie pojeździć...

W poprzednich latach Pingwinaria odbywały się w Czarnym Potoku, dwa rzuty beretem od dolnej stacji kolejki na Jaworzynę. Teraz jesteśmy na drugim końcu Krynicy, więc dalej, czas dojazdu dłuższy (bo na piechotę za daleko). W końcu uznałem, że jak wybiorę się po śniadaniu i wrócę na obiad, to nawet zdążę sobie pojeździć. Już miałem się pytać na recepcji, kiedy mam najbliższy autobus... i przypomniałem sobie, że przecież mam samochód. :-) Jeszcze się do tego nie przyzwyczaiłem. W każdym razie problem dojazdu i czasu nań zmarnowanego został rozwiązany.

Na miejscu, pod stacją kolejki, wypożyczyłem sprzęt. Proponowali mi narty 1.6m, ale ja się uczyłem na takich 1.9m (a może większych), więc wziąłem 1.7m. Kupiłem kartę z 30 punktami i wjechałem na górę. W tym roku była otwarta też trasa na wschodnim stoku, gdzie jeszcze nie jeździłem, więc najpierw tam właśnie się udałem. Jeździło się super. Śmiesznie krótkie te nartki, ale rzeczywiście same skręcają. Dawno mi się tak dobrze nie jeździło, nawet ostatnio w Szczyrku. To pewnie dlatego, że teraz w nieco lepszej formie byłem — wcześniej i byłem na basenie i wlazłem na tę Parkową wlazłem, a nie tylko siedziałem przy kompie jak zwykle. W ogóle podoba mi się taka wiosenna jazda. Może warunki śniegowe (ilościowe i jakościowe) dużo gorsze niż zimą, ale słoneczko świeci, ciepło jest (nie trzeba kombinować z kilkoma warstwami ubrań, wystarczy wiosenna kurtka), ludzi nie ma (żadnych kolejek) — po prostu super. W sumie przejechałem prawie 18km.

Wróciłem w środku przerwy obiadowej. Nażarłem sie jak zwykle i poszedłem na wykłady, w końcu jakichś trzeba wysłuchać (niektórzy woleli spać ;-)). Jeszcze na obiedzie ktoś mi wcisnął jakąś kartkę, z takich jakie podobno Agusia rozdawała i które zawierały jakieś pytania konkursowe. Pytania idiotyczne, więc wymyśliłem jakieś idiotyczne odpowiedzi. W całym hotelu ludzie kombinowali co to właściwie jest i co odpowiedzieć, niektórzy potraktowali sprawę prawie zupełnie poważnie, inni w ogóle nie. Po wykładach zostały ogłoszone wyniki. Pytania są podobno autentykami z SGH, a mnie udało się wygrać koszulkę. Wziąłem XXL, więc pewnie żona będzie miała nową koszulę nocną...

Teraz w planie jest jeszcze Key Signing Party i jakaś dyskusja panelowa. Po tym pewnie będzie znowu imprezowanie (szlajanie się z laptopem po hotelu) do późnej nocy... A jutro będzie trzeba wracać...

13 komentarzy do wpisu „ Wiosenne narciarstwo”


Pingwinaria, dzień drugi...

Dzisiaj będzie krócej...

Rano śniadanie, znowu się nażarłem. Potem wyprawa, tym razem w towarzystwie, na Górę Parkową i główny deptak. Po spacerze chwilka oddechu i przygotowania do prezentacji. Po krótkich problemach udało się odpalić laptopa kolegi wraz z rzutnikiem, jeszcze 2 minuty przed czasem. Wtedy dała o sobie znać trema (a już się dziwiłem, co tak spokojnie do tego podchodzę)... i musiałem biegiem wylecieć z sali konferencyjnej, do mniejszego pomieszczenia obok ;-). Zdążyłem jednak na czas. Publiczność dopisała i chyba nawet nikt nie wyszedł w trakcie, a na końcu nie zostałem obrzucony niczym poza pytaniami na temat prezentacji. Było więc OK.

Potem obiadek (jak zwykle solidny), i kolejne wykłady. Ten o funktorach z C++ darowałem sobie po chwili, ten język zupełnie mnie nie pociąga, a te funktory to dla mnie nic nowego, mimo że nie wiedziałem że to się tak nazywa. Najlepiej wypadł wykład o palmtopach.

Po kolacji, chwilę posiedziałem w stołówce, a potem w pokoju, żeby się uleżało i poszedłem na basen. Basen czynny do 20:00, więc nie ma rady — trzeba pływać z kolacją. Później trafiłem na towarzystwo wybierające się do Żabki po napoje. Skoro nie miałem nic lepszego do roboty, to poszedłem z nimi. A teraz imprezujemy...

Impreza wygląda tak, że osiem osób siedzi w dwuosobowym pokoiku, z sześcioma laptopami i czasem coś popija (ja wodę na zmianę z kolą, inni bardziej tradycyjne napoje). Dyskusje o wszystkim, ale słownictwo i skojarzenia wciąż branżowe. Poza tym, każdy stuka coś tam na swoim laptopie. No cóż, nie ma to jak Gicza impreza... fajnie jest :-).

11 komentarzy do wpisu „ Pingwinaria, dzień drugi...”


Pingwinaria, dzień pierwszy.

Wyjechałem z domu rano, dwadzieścia po siódmej. Podjechałem jeszcze na plac Piastów po kolegę z Bytomia i ruszyliśmy w kierunku Krynicy. Droga była bezproblemowa i udało się ją pokonać, spokojną jazdą (inaczej tym samochodem się nie da), w cztery godzinki. Na miejscu jeszcze prawie nikogo poza organizatorami nie było. Załatwiłem co było do załatwienia i postanowiłem zwiedzić okolicę...

Na północnym stoku Góry Parkowej, zaraz obok hotelu, leży jeszcze masa śniegu (około 1.5m), ścieżka też ośnieżona, a ja w wiosennym ubraniu (bez kurtki, czy swetra, tylko w koszuli flanelowej). I było mi ciepło. Szczególnie że wdrapywałem się na górę szybkim krokiem, trasą niekoniecznie spacerową — jeszcze częściowo ośnieżonym i oblodzonym torem saneczkowym. Po drodze spotkałem kilka wiewiórek, a także stado jeleni (właściwie to łani), które patrzyły się na mnie jak na jakiegoś idiotę (kto inny w letnich butach i bez kurtki brodzi w śniegu?) i nawet nie próbowały uciekać. Na górze trochę wiało (halny), ale i tak było dość ciepło, jednak nie na tyle, żeby długo tam siedzieć. Było tam trochę tubylców, z jednym z nich, całkiem sympatycznych, sobie trochę pogadałem. Zainteresował się, czy mi nie zimno, poopowiadał co interesującego mogę zobaczyć w drodze na dół, pogadaliśmy o tych łaniach, które tu właściwie oswojone, a kiedyś było ich nawet więcej itd. itp. Oczywiście rozmowa nie była zupełnie bezinteresowana i pan pokazał mi co ma na swoim stoisku. Polubiłem go, więc nawet coś kupiłem (trzeba wspierać lokalny folklor), jakiś kamyczek co ma Wodnikowi szczęście przynosić, nawet coś utargowałem, a do tego rzemyczek gratis ;-).

Wróciłem akurat na obiad. Wbrew Pingwinaryjnej tradycji, jedzenia było dobre i dużo (szwedzki stół, na którym niczego nie zabrakło). Potem oficjalne otwarcie i pierwsze wykłady. Na żadnym nawet nie ziewnąłem, więc całkiem niezłe. Potem pyszna i obfita kolacja. Po kolacji miałem dylemat, pójść na wykład polskiego CERTu, czy na basen (czynny tylko do 20:00), na który przysługuje mi 45 minut dziennie. Wybrałem basen, bo rzadko zdarza mi się popływać, a jak jest taka okazja, to warto zadbać o formę.

Po basenie wróciłem do pokoju, gdzie akurat odbywało się spotkanie ŚLUGu. Trochę poudzielałem się w dyskusji, a jednocześnie próbowałem CJC odpalić. Odpaliłem właściwie przed wyjściem, ale się wyłączył. W kolejnych próbach też, albo się nie mógł połączyć, albo zaraz po zestawieniu połączenie się zawieszało i w końcu zrywało. Dostęp do Internetu okazał się fatalny. Dopiero później, po zakończeniu spotkania zaczęło to jakoś działać, więc mogę napisać na Joggera to co piszę.

Z dostępem do Sieci było w ogóle ciekawie... Miał być. Jak przyjechałem do hotelu okazało się, że nie ma, będzie za miesiąc. W pokoju gniazdko Ethernet było, to podłączyłem HUBa, ale nawet lampka link się nie zapaliła. Szybko okazało się dlaczego, bo zobaczyłem na korytarzu dziury w ścianach pod skrzynki, gdzie wystawały kable Ethernet, nawet zakończone wtyczkami RJ45. Przed obiadem już dwóch panów ładowało tam HUBy i montowało skrzynki. Po obiedzie już link się świecił, ale adresu po DHCP się nie dostawało. Przed kolacją już DHCP działało, ale net nie bardzo. A teraz działa wszystko :-). Ciekawe jak długo...

2 komentarze do wpisu „ Pingwinaria, dzień pierwszy.”


Lepiej...

Nawet szybko się dzisiaj pozbierałem. Chyba jednak robię jakieś postępy... :-)

1 komentarz do wpisu „ Lepiej...”



[szpieg] Jesteście obserwowani...