Zaloguj się

Jog Jajcusia

xmpp:jajcus@jajcus.net

Powrót na stronę główną

Pingwinaria, dzień pierwszy.

Wyjechałem z domu rano, dwadzieścia po siódmej. Podjechałem jeszcze na plac Piastów po kolegę z Bytomia i ruszyliśmy w kierunku Krynicy. Droga była bezproblemowa i udało się ją pokonać, spokojną jazdą (inaczej tym samochodem się nie da), w cztery godzinki. Na miejscu jeszcze prawie nikogo poza organizatorami nie było. Załatwiłem co było do załatwienia i postanowiłem zwiedzić okolicę...

Na północnym stoku Góry Parkowej, zaraz obok hotelu, leży jeszcze masa śniegu (około 1.5m), ścieżka też ośnieżona, a ja w wiosennym ubraniu (bez kurtki, czy swetra, tylko w koszuli flanelowej). I było mi ciepło. Szczególnie że wdrapywałem się na górę szybkim krokiem, trasą niekoniecznie spacerową — jeszcze częściowo ośnieżonym i oblodzonym torem saneczkowym. Po drodze spotkałem kilka wiewiórek, a także stado jeleni (właściwie to łani), które patrzyły się na mnie jak na jakiegoś idiotę (kto inny w letnich butach i bez kurtki brodzi w śniegu?) i nawet nie próbowały uciekać. Na górze trochę wiało (halny), ale i tak było dość ciepło, jednak nie na tyle, żeby długo tam siedzieć. Było tam trochę tubylców, z jednym z nich, całkiem sympatycznych, sobie trochę pogadałem. Zainteresował się, czy mi nie zimno, poopowiadał co interesującego mogę zobaczyć w drodze na dół, pogadaliśmy o tych łaniach, które tu właściwie oswojone, a kiedyś było ich nawet więcej itd. itp. Oczywiście rozmowa nie była zupełnie bezinteresowana i pan pokazał mi co ma na swoim stoisku. Polubiłem go, więc nawet coś kupiłem (trzeba wspierać lokalny folklor), jakiś kamyczek co ma Wodnikowi szczęście przynosić, nawet coś utargowałem, a do tego rzemyczek gratis ;-).

Wróciłem akurat na obiad. Wbrew Pingwinaryjnej tradycji, jedzenia było dobre i dużo (szwedzki stół, na którym niczego nie zabrakło). Potem oficjalne otwarcie i pierwsze wykłady. Na żadnym nawet nie ziewnąłem, więc całkiem niezłe. Potem pyszna i obfita kolacja. Po kolacji miałem dylemat, pójść na wykład polskiego CERTu, czy na basen (czynny tylko do 20:00), na który przysługuje mi 45 minut dziennie. Wybrałem basen, bo rzadko zdarza mi się popływać, a jak jest taka okazja, to warto zadbać o formę.

Po basenie wróciłem do pokoju, gdzie akurat odbywało się spotkanie ŚLUGu. Trochę poudzielałem się w dyskusji, a jednocześnie próbowałem CJC odpalić. Odpaliłem właściwie przed wyjściem, ale się wyłączył. W kolejnych próbach też, albo się nie mógł połączyć, albo zaraz po zestawieniu połączenie się zawieszało i w końcu zrywało. Dostęp do Internetu okazał się fatalny. Dopiero później, po zakończeniu spotkania zaczęło to jakoś działać, więc mogę napisać na Joggera to co piszę.

Z dostępem do Sieci było w ogóle ciekawie... Miał być. Jak przyjechałem do hotelu okazało się, że nie ma, będzie za miesiąc. W pokoju gniazdko Ethernet było, to podłączyłem HUBa, ale nawet lampka link się nie zapaliła. Szybko okazało się dlaczego, bo zobaczyłem na korytarzu dziury w ścianach pod skrzynki, gdzie wystawały kable Ethernet, nawet zakończone wtyczkami RJ45. Przed obiadem już dwóch panów ładowało tam HUBy i montowało skrzynki. Po obiedzie już link się świecił, ale adresu po DHCP się nie dostawało. Przed kolacją już DHCP działało, ale net nie bardzo. A teraz działa wszystko :-). Ciekawe jak długo...


Komentarze

Artur

07 kwietnia 2005 23:46:33

Pierwsze dni zawsze są najlepsze, ogólnie się odnasząc do wszelkich wyjazdów, a w dniach kolejnych już trzeba po malutku zasuwać. Tak, więc wyśpij się, bo jutro masz swoje 45 minut/ Chyba, że twoje plany z 1 kwietnia nie uległy zmianie :)

mrman

08 kwietnia 2005 22:29:21

oby dzialalo bez przerwy ;)

Dodaj nowy komentarz

Dostępne jest formatowanie Textile

Podpis:
Treść:
Strona WWW (opcjonalnie):
Wpisz kod:code
 
 

Śledzenie komentarzy (RSS) TrackBack URI


Jesteście obserwowani...