A może by tak LVM?
Ostatnio często się zdarzało, że nie mogłem w domu jakiegoś pakietu
doinstalować, bo na /usr brakowało miejsca, gdy na
/home i /var jeszcze było. Nie chciałem linkować,
ani bindować (mount --bind) katalogów, więc było kombinowanie co
by tu skasować, żeby co innego zainstalować. Nie wiele już do tego kasowania
zostało.
Od jakiegoś czas w firmie na serwerach stosuję LVM — dzięki temu na początku przydzielam systemom plików tyle miejsca ile w danej chwili jest potrzebne, plus niewielki zapas, a więcej mogę dodać wtedy, gdy będzie taka potrzeba. Pomyślałem, że w domu też mógłbym to zastosować. Jednak przeniesienie istniejących filesystemów na LVM to nie taka prosta sprawa, wiąże się z przerzucaniem danych między partycjami, usuwaniem i dodawaniem partycji, a także zmianą rozmiaru jednej z nich. W takim przypadku zawsze jest ryzyko utraty danych...
Wczoraj zrobiliśmy nasze regularne (twardzi jesteśmy: raz na rok) bakupy
najistotniejszych danych, jednak mimo to żona by mnie zamordowała, gdyby
wyparował
jej katalog domowy. Dlatego właśnie leci jego zawartość na
wolną partycję na serwerze u mnie w pracy. Oczywiście w locie kompresowana
i szyfrowana. Średnio około 400kB/s. Oby mi ISP kurka nie przykręcił za to
— to jest sieć osiedlowa, gdzie raczej nie są przewidziane takie
transfery dla pojedynczego użytkownika ;-).
Po obiedzie rozpoczynam operację (8-punktowy plan mam już przygotowany), ciekawe co z tego wyniknie...
Śledzenie komentarzy (RSS)
03 kwietnia 2005 11:00:17
a jak wyglada taka kompresja i szyfrowanie w locie? :)