Zaloguj się

Jog Jajcusia

xmpp:jajcus@jajcus.net

Z wiertarką do laptopa?

Jakiś czas temu padła mi PCMCIa w laptopie. Karty włożonej do pierwszego slotu w ogóle nie widział, a w drugim wszystkie karty były rozpoznawane jako anonymous memory. Rozebrałem wtedy laptopa, nie znalazłem nic podejrzanego i uznałem, że trzeba się z tym pogodzić. Jakikolwiek serwis kosztowałby mniej-więcej tyle ile laptop jest wart.

Bez PCMCIA nie miałem już w laptopie ani WiFi, ani Ethernetu. Zrobiłem więc sobie 7-metrowy kabelek null-modem, na którym puściłem PPP po 115.200 baud. Do większości zastosowań tego laptopa to starczało (CJC, ssh), ale już zdalne aplikacje X11 nie miały na tym sensu.

Po rozmowach ze znajomymi i dłuższym zastanowieniu się uznałem, że jednak to musi być jakieś mechaniczne uszkodzenie złącza, np. coś nie styka. Dzisiaj więc otworzyłem laptopa ponownie. Pomacałem złącze PCMCIA i okazało się, że jednak można je trochę bardziej docisnąć. Co więcej, po dociśnięciu złącza karty są wykrywane. Hurra!

Po zamknięciu laptopa okazało się, że karty nie można włożyć, bo dynks do jej wyciągania zawadza. Trzeba było docisnąć go w dół, co zapewne powodowało ponowne wyskoczenie złącza. W każdym razie po włożeniu karty znowu nie była ona wykrywana. Ponownie otworzyłem laptopa, zacząłem badać sprawę — czemu ten dynks się zacina mimo, że wcześniej tego nie robi. Znalazłem — śrubka trzymająca złącze we właściwym położeniu się odkręciła. Jednak nie mogłem jej dokręcić, bo przykręcana była od spodu, z drugiej strony płyty głównej.

Zacząłem się zastanawiać jak wyciągnąć tę płytę główną. Nic nie wymyśliłem, wyglądało na to, że ona wyjdzie jak się wszystko inne rozkręci. Nie miałem ochoty z tym eksperymentować. Pogooglałem za instrukcją demontażu tego laptopa — i nic. Potem popytałem znajomych i jeden podrzucił mi ciekawy pomysł: zamiast wyciągać płytę i ryzykować, że laptopa już nie złożę, to mogę wywiercić dziurkę od spodu i tamtędy dokręcić śrubkę. Tak też zrobiłem...

Wyciągnąłem zestaw wierteł i wiertarkę ręczną, ekierką mniej-więcej wymierzyłem gdzie ta śrubka od spodu powinna się znajdować i zacząłem wiercić. Przewierciłem plastik i... zobaczyłem metal. Nie wiedziałem, czy to druk, metalowa część jakiegoś elementu, czy coś innego. Jednak widziałem, że powierzchnia metalu jest większa niż średnica wiertła, więc zaryzykowałem. Okazało się, że to tylko folia ekranująca elektronikę laptopa (fachowa konstrukcja). A pod nią... śrubka! Niesamowite — trafiłem. :-)

Skręciłem laptopa. Sprawdzam... nie działa. Otwieram, dociskam złącze, zamykam... nie działa. Otwieram, dociska złącze i przy dociśniętym sprawdzam — działa. Przyglądam się więc złączu... dociskane ono jest dwiema takimi śrubkami jak tamta, nie są one całkiem odkręcone, ale też niedokładnie dokręcone. Szczególnie jedna...

Zrobiłem więc drugą dziurkę. Znowu udało się trafić na śrubkę. Dokręciłem ją porządnie i złożyłem laptopa. Odpalam... nie rusza. Niedobrze... Okazało się jednak, że po prostu zapomniałem dysku wsadzić. Ufff... Po odpaleniu jednak nie ruszył...

Zrobiłem więc jeszcze jedną dziurkę i docisnąłem śrubką złącze z drugiej strony. Sprawdziłem laptopa w postaci rozebranej — zadziałał. Złożyłem... zadziałał! :-D

Przy okazji rozbierania laptopa postanowiłem też zakleić wszelkie pęknięcia i wyczyścić klawiaturę. Pęknięcia zaklejałem Super Glue, w pewnym momencie zostałem z kawałkiem laptopa bardzo porządnie przytwierdzonym... do palca. W końcu jednak zostało poklejone wszystko co trzeba. Jednak po dalszych zmaganiach z urządzeniem wszystko to znowu się rozpadło... trudno.

Klawiaturę próbowałem rozebrać jak normalną pecetową. Jednak próba wyciągnięcia pierwszego z brzegu klawisza (strzałka w prawo) zakończyła się połowicznym sukcesem -- coś go dalej trzymało. Docisnąłem więc go z powrotem, a przestrzeń między klawiszami przeczyściłem pędzelkiem.

Ostatecznie wyszedłem na plus. Mam laptopa z trzema nowymi dziurkami od spodu, które nikomu w niczym nie przeszkadzają, nie całkiem działający klawisz strzałka w prawo, to już dość upierdliwe no i działająca PCMCIA, a więc i sieć bezprzewodową 11Mbit/s (teoretycznie), zamiast 100kbit na niewygodnym kablu — a to już coś. :-)

7 komentarzy do wpisu „ Z wiertarką do laptopa?”


Bo to są pomarańcze z Biedronki

Z trzy tygodnie temu zamknęli mój ulubiony sklepik koło mojej pracy. W Żabkach, obu, od miesiąca chyba remont. Jedyne miejsce w pobliżu firmy, gdzie teraz mogę sobie kupić owoce, to Biedronka. Więc codziennie tam chodzę, wybieram owoce i stoję w tej kolejce... No jeszcze jest jeden sklep, z innej strony, ale nie chce mi się tam chodzić bo jest nie po drodze do krokietów.

Wracając do owoców w Biedronce. Jabłka mają takie, że aż patrzeć na nie nie mogę. Grejpfruty śliczne, ale nie dobre — za gorzkie. Mandarynki paskudne — obierają się tak ciężko jak najgorsze pomarańcze, a do tego strasznie kwaśne. Banany dobre, ale często jeszcze zielone. Za to pomarańcze... pomarańcze przepyszne — słodziutkie i soczyste, a do tego łatwo się obierają. I to za każdym razem gdy kupiłem sobie na drugie śniadanie do pracy.

Wczoraj o tych pomarańczach wspomniałem żonie. Oburzyła się, że się nie podzieliłem. Ja na to, że bałem się, że jak kupię do domu, to mogą się okazać niedobre. Ale pomyślałem, że w końcu, skoro zawsze były dobre, to czemu miałyby nie być kolejnym razem. Co prawda widziałem, że już się kończą, ale jak będą to się kupi, jak nie, to nie.

Dzisiaj więc poszedłem do Biedronki z zamiarem kupna czterech pomarańczy, zamiast jednej. Tym razem nad pomarańczami była nawet kartka promocja, ale pomarańcze wyglądały tak samo jak wczoraj i wcześniej. Może trochę bardziej przebrane, więcej podgnitych (wcześniej tez się trafiały), ale można było znaleźć zupełnie ładne, jak te wcześniejsze. Wybrałem cztery z tych najładniejszych. W pracy wybrałem z nich tę najbrzydszą (wyglądała na lekko podgnitą), żeby się upewnić, że to wciąż to samo. Była, jak zawsze, przepyszna. Pachniało nią podobno potem w całej firmie.

Wieczorem więc w domku obraliśmy sobie jedną. Była jakby zepsuta i właściwie niejadalna. No to drugą... ta strasznie sucha w środku, też nie dało się jeść. Dopiero trzecia okazała się jadalna... ale zupełnie to nie było to co jadałem w pracy... Chyba czasem nie warto przy zakupach myśleć o rodzince... znaczy się, przy zakupach w Biedronce...

A teraz wcinam pyszne jabłuszko, które mi żona obrała. Z osiedlowego warzywniaka. Warzywniaki rządzą! ;-)

6 komentarzy do wpisu „ Bo to są pomarańcze z Biedronki”



Jesteście obserwowani...