18 sierpnia 2004
22:01:22
|
kategorie:
natura,
rodzinka,
wypoczynek,
zdrowie,
Wczoraj rano obudziłem się już mniej zasmarkany niż poprzednio. To trochę
dziwne, bo mnie katar zwykle nie przechodzi ani w tydzień, ani w siedem dni,
niezależnie czy leczony, czy nie. W każdym razie tym razem się znacznie
polepszyło.
Z okazji imienin, oprócz wręczonej wcześniej książki żona
przygotowała mi jeszcze jedną niespodziankę (na którą cicho liczyłem)
— ubrała się w krótką spódniczkę i obcisłą bluzeczkę odsłaniającą pępek,
a pod tym wszystkim tylko stringi. Mniam! Niestety, po obiedzie się przebrała
i na kolejną taką atrację pewnie będę musiał kolejny rok czekać
:-( — ona się w tym źle czuje
. Trudno. Ja się źle
czuję w bokserkach, ale też się czasem poświęcam ;-).
Moje imieniny to też imieniny mojego teścia (imiennika), więc dla podwójnej
okazji teściowa zrobiła ciasto z bananami. Też mniam, ale oczywiście bez
porównania. Od teściów dostałem koszulę, a teść od córki (mojej żony) i
wnuczki (Krysi) dostał bukiety polno-leśnych kwiatów, własnoręcznie przez nie
zbieranych. Właściwie to dzięki teściom zacząłem obchodzić imieniny. Akurat
wypadają wtedy gdy zwykle z teściami (przydają się — można im zostawić
czasem dziecko) wyjeżdżamy na wakacje, to czemu teść sam ma świętować?
Dzisiaj czuję się jeszcze lepiej. Rano nawet wykąpałem się w morzu (mimo
chmur było bardzo ciepło) i nawet mi to nie zaszkodziło (jeszcze?). Właściwie
temperatura wody nie zachęcała do pełnego zmoczenia, ale po spacerku do
Niechorza (po kolana w wodzie) i z powrotem (środkiem plaży) trudno było do
tej wody nie wejść, mimo że już wszyscy zbierali się na obiad (o chorej porze:
13:00).
Po obiedzie wybrałem się do lasu. Tym razem tylko jedna kurka. No wysyp
grzybów jak cholera! Ale znowu trochę popadało, więc jakaś nikła nadzieja
wciąż jest...
16 sierpnia 2004
21:55:56
|
kategorie:
natura,
wypoczynek,
zdrowie,
Kilka dni temu wracając ze spaceru w lesie rozkichałem się na całego
(A-psik!, A-psik!, psik! psik!...
). Wtedy pomyślałem, że nawąchałem się
po prostu jakichś pyłków i mnie alergia dopadła. Psiknąłem sobie do nosa czymś
na uczulenie i się specjalnie tym nie przejąłem. Niestety potem było coraz
gorzej, czemu zapewne pomogło moje wędkowanie itp. Najwyraźniej się
przeziębiłem. Nie wiem, czy to ta kąpiel w morzu, czy pójście spać z mokrą (po
umyciu) głową, raczej to drugie. W każdym razie jestem zasmarkany po pachy
(zużycie ponad dwie paczki chusteczek dziennie), w nocy nie mogłem przez to
spać i w ogóle ledwo żyję. Gorączki raczej nie mam, ale małe to
pocieszenie.
Wczoraj wieczorem zabrałem się za leczenie — nałykałem się Aspiryny i
Rudinoscorbinu, niestety noc była ciężka i dopiero po łyczku syropku z melisy
trochę posapałem. Rano (do obiadu o 13:00) nie wychodziłem z łóżka. Nie było
to takie straszne, bo kochana żona wręczyła mi prezent który miałem dostać
jutro — książkę Pratchetta. Po obiedzie już ruszyłem się z domku, ale
plażowanie i wędkowanie sobie odpuściłem. Byłem za to chwilę (ponad godzinkę)
w lesie i znalazłem parę kurek. Poprzednie trzy (sprzed dwóch dni) już są
ususzone. Jak tak dobrze dalej pójdzie, to może wrócimy z łyżką suszonych
grzybów, w sam raz na jakiś krupnik.
14 sierpnia 2004
22:27:55
|
kategorie:
natura,
wypoczynek,
W środę wieczorem przyszła burza. Grzmieć do rana przestało, ale wczoraj
padało cały dzień. Może grzybki wreszcie wyjdą... ale pewnie nie — w
zeszłym roku prawie całe trzy tygodnie gdy tu byliśmy padało, a grzybów nie
było. Zobaczymy.
W czwartek rano miałem jechać autobusem do Dziwnowa po Sportowe
zezwolenie połowowe dla osoby fizycznej
, a po naszemu pozwolenie na
wędkowanie w morzu. W zeszłym roku załatwiało się to normalnie (tak jak się to
na całym cywilizowanym świecie robi) w sklepie wędkarskim, ale zmienił się
minister i znowu trzeba w tej sprawie jeździć do urzędu. Tak się składa, że
odpowiedni urząd jest zwykle daleko i otwarty tylko parę godzin w tygodniu
(ten w Dziwnowie na szczęście częściej). Teść się nade mną zlitował i zawiózł
mnie tam samochodem. Papierek kosztował mnie śmieszne pieniądze: 16zł (11zł
zezwolenie na miesiąc, 5zł jego wydanie, czy jakoś tak) — dojazd autobusemtam i spowrotem napewno kosztowałby mnie więcej. Jednak zauważyłem pewną
zmianę na plus. Pani w Inspektoracie miała o wiele mniej papierków do
wypisywania i załatwienie sprawy trwało szybciej niż to kiedyś bywało.
W drodze powrotnej wstąpiłem jeszcze do sklepu wędkarskiego aby się
zaopatrzyć w sprzęt i robaki. Kupiłem, między innymi, morski ciężarek gruntowy
(wcześniej nigdzie takiego nie widziałem). Wieczorem wybrałem się na plażę
łowić. Jak zwykle ludzie patrzyli na mnie conajmniej ze zdziwieniem, ale
znalazł się też jeden wędkarz, który też łowił na tej plaży, podobno tego
samego dnia, tyle że wcześniej. Czyli w tym roku nie jestem tutaj jedynym
takim wariatem :-). Nowy ciężarek okazał się znakomity, nie ma
porównania do starych ciężarków, które po kilkunastu minutach wylatywały na
plażę. Nowy, dzięki ramionom którymi się zakotwiczał w dnie, utrzymywał zestaw
tam gdzie rzuciłem, tylko że trzeba było się naszarpać, żeby potem go
wyciągnąć. Gorzej sprawował się mój stary, ruski sprzęt (jednorazowy
),
na wędce przelotki latały luzem, a w kołowrotku po drugim wyciągnięciu zestawu
zaczęła nawalać blokada wsteczna. Może zmusiło mnie raz do przeprowadzki
parę metrów, bo się plaża coraz węższa robiła, a na końcu tradycyjnie zgubiłem
zestaw z nowym super-ciężarkiem — najprawdopodobniej nie zauważyłem, że
się żyłka zaplątała o przelotkę i przy kolejnym rzucie się urwała. Oczywiście
nic tym razem nie złapałem.
Dzisiaj wędkowanie sobie odpuściłem, bo morze było wzburzone i nawet mój
nowy ciężarek by nie pomógł (gdybym go jeszcze miał). Byłem za to w lesie
i przyniosłem trzy kurki. Widziałem jeszcze ze trzy, duże, ale bardzo zjedzone
przez ślimaki (krążą tu takie czarne olbrzymy bez skorupek). Wieczorem na
ośrodku było ognisko, a przy ognisku chór. Chór śpiewał ładnie, ale niestety
głównie jakieś smętne patriotyczne pieśni. Krysia prawie każdą piosenkę
nagradzała oklaskami i okrzykami Brawo!!!
. Po występie chóru trzeba
było się zbierać kąpać i usypiać dziecko. Jeszcze tam na chwilkę zajrzałem,
gdy usłyszałem, że grają na gitarze. No tak, jak się patrzy jak ktoś gra, to
to jest takie proste...
11 sierpnia 2004
22:15:03
|
kategorie:
muzyka,
Oprócz wylegiwania się na plaży, pożerania gofrów, zabawiania dziecka
itp. wykorzystuję swój urlop na dalszą naukę gry na gitarze. Jakieś postępy
są. Potrafię już złapać wiele chwytów (w tym parę barowych), prawie że zagrać
dwie piosenki (jakość wykonania mizerna), czytać tabulatury. Ale paluszki
wciąż bolą i chyba drugi raz mi skóra z opuszków zejdzie. Ale nic to. Trzeba
być twardym, a nie miętkim.
Interesujące jest to, że mnie jakoś bardziej pasi granie z tabulatur muzyki
klasycznej, niż normalnych piosenek z chwytami. Tabulatury to fajna rzecz,
szczególnie że są zapisywane w ASCII i można z netu ściągnąć :-). Żona woli
grać piosenki, co też jej lepiej wychodzi.
09 sierpnia 2004
22:12:57
|
kategorie:
wypoczynek,
Jesteśmy na wakacjach nad morzem — w Pogorzelicy. Pogoda na razie nawet dopisuje mimo, że żonka twierdzi że jej zimno. Ja się nawet już w morzu wykompałem.
Jak widać, bez Internetu długo nie wytrzymaliśmy. I to by było na tyle, bo plugina Joggera dla CJC przed wyjazdem sobie nie napisałem...