Kontrola wersji i "myśl techniczna", ech...
Przedwczoraj szef do mnie dzwonił z pytaniem jak załatwić sprawę uprawnień różnych programistów w naszej firmie do kodu źródłowego, żeby każdy widział swoją część, nie miał dostępu do pozostałych, a wszystko działało razem. Wytłumaczyłem, że jeśli ten kod jest w PHP i ma działać razem na serwerze, to w 100% nie da się zabezpieczyć przed tym, aby ktoś sobie cudze źródła np. wyświetlił na stronie WWW. Zaproponowałem natomiast użycie jakiegoś systemu kontroli wersji, który zapewnił by kontrolę dostępu podczas tworzenia kodu i dokumentował ew. próby nadużyć w kodzie służących dostępowi do "zakazanych" części. Miałem tę sprawę obadać.
Najpierw przyjrzałem się dostępnym narzędziom. Wstępnie ograniczyłem
się do CVS, arch i Subversion. CVS odpadł, bo przestarzały i ma różne
głupie ograniczenia. Arch, bo nie chodzi pod Windows, a nasi programiści
(nie wiedzieć czemu ;-)) używają Windows. Subversion
z dostępem przez WebDAV wydał się najodpowiedniejszy. Problemem było
wymaganie apache-2.0, ale zainstalowałem sobie wszystko co trzeba
w chroot i ładnie chodzi.
Sam przerzuciłem do Subversion z CVS swoje projekty, przez głupotę/niedopatrzenie tracąc jeden z ostatnich - rozpoczęty server DHCP korzystający z bazy SQL - dzisiaj musiałem to pisać od nowa. Ale Subversion mi się podoba, dużo bardziej niż CVS. A podstawową obsługa praktycznie się nie różni.
Dzisiaj szef mnie wezwał do siebie w sprawie tych praw dostępu. Był tam już szef działu oprogramowania, dość pozytywnie (a przynajmniej neutralnie) nastawiony do mojej propozycji. Okazało się, że "nie ma sensu takiej kobyły do tego zaprzęgać" i wszystko zostanie załatwione prawami dostępu do plików na serwerze i skryptami - całe szczęście że nie ja będę tego pilnował. I w sumie przekonywanie kogokolwiek więcej do tego subversion mi odpada. Tylko szkoda że wczoraj tyle się z tym męczyłem, gdy miałem lepsze rzeczy do roboty.
Podczas tej dyskusji szef twierdził, że ten kod źródłowy powinien być najbardziej chroniony ze wszystkiego w naszej firmie. Chciał kupić jakiś moduł do szyfrowania kodu PHP (żeby nikt od nas nie podejrzał, a jakby co to można by go sprzedawać), wspominał nawet o odłączaniu stacji dysków i Internetu programistom. Powtarzał, że tu nie ma miejsca na żadne zaufanie itd. Chyba nawet Microsoft tak nie boi się o swoje kody źródłowe, bo w końcu udostępnia je na zewnątrz (oczywiście tylko wybranym i na diabelskich zasadach) Gdy użył stwierdzenia "myśl techniczna", to we mnie się gotowało. Sam mam zupełnie inne spojrzenie na to jak powinno być tworzone i udostępniane oprogramowanie, szczególnie dla instytucji publicznych (a o takim była mowa). Zastanawiałem się co ja właściwie robię w tej firmie. Nie próbowałem wyjaśniać moich poglądów, bo wyszedł bym tylko na fanatyka, a z powodu mojego słabego rozeznania z biznesem i prawem może także na głupka. Na szczęście nie jestem programistą, ale administratorem i mogę uznać, że sprawa mnie nie dotyczy. Ale fajnie by było pracować gdzieś gdzie Wolne Oprogramowanie i Open Source to rzecz naturalna nie tylko w sensie brania ale także dawania.
Śledzenie komentarzy (RSS)
Jesteście obserwowani...
22 października 2003 18:27:59
Niestety w Polsce nadal panuje taka mentalność, że publikowanie kodu ważnego dla firmy w postaci Open Source, może być ukręcaniem bicza na Ciebie. Zawsze powtarza mi to mój Szef - na zachodzie jeśli coś robisz, to się tym chwalisz, jesteś z tego dumny, a inni Ci conajwyżej zazdroszczą jakości, właśnie myśli technicznej i sprzętu. Jesteś kimś. Natomiast w Polsce takie informacje zaraz ktoś wykorzysta po to żeby Ci dokopać, lub żeby Cię zniszczyć tworząc konkurencyjny produkt, już nie Open Source.